Kryzys dla dzieci

Teresa Lubińska, ekonomistka z ministerialną przeszłością, w sążnistym tekście wylicza powody, dla których budżet Polski się nie dopina: mniej do niego wpływa ze składki rentowej, obciętej za jej rządów z 13 do 6 proc., i mniej z PIT, którego stawki w tym samym czasie skurczyły się z 19,3 i 40 do 18 i 32 proc. przy stosunkowo wysokiej kwocie przychodu wolnego od podatku (85,528 zł). Dlaczego w tym samym czasie skurczył się dochód z CIT, tego autorka nie wyjaśnia, wyjąwszy drobną wzmiankę o kryzysie, którego, jak wiemy skądinąd, w Polsce ponoć prawie nie było. Podobną niewiedzą, co martwi bardziej, wykazuje się Autorka w sprawie przyczyn wzrostu wydatków budżetowych. Wspomina wprawdzie na wstępie, że rządy i samorządy dużo teraz inwestują, żeby nie zmarnować dużych unijnych środków, ale do tej myśli później nie wraca, więc czytelnik nie dowie się czy te inwestycje są dobre, rozwojowe i czy w konsekwencji dają nadzieję na zasypanie deficytów publicznych, czy wręcz przeciwnie, ciągną nas w bagno konsumpcyjne, w tym przypadku zaprawione eurozłotem.

W tych wydatkach musi być jakaś metoda. Nakłady publiczne na cele gospodarcze, jak zauważa Lubińska, wzrosły w latach 2007-2011 z 3,6 do 5.2 proc., ale i tego nie analizuje bliżej, więc czytelnik nie jest pewien czy ten wzrost jest korzystny, skoro został wyliczony jednym tchem ze wzrostem stopnia redystrybucji PKB z 41,1 do 46,6 proc. i opatrzony zdjętym bodaj z niskiego sufitu kategorycznym stwierdzeniem, że „minimalny poziom wpływów do budżetu z danin publicznych to 32 proc. PKB, a przy mniejszym rozwój gospodarczy zostanie zatrzymany”.

Bierz i nie oddawaj, i jeszcze się zapożycz. Ministrowie finansów powinni otwarcie wyznawać tę doktrynę, dziś wyznają ją milcząco, wiedząc, że jest karalna, jak bowiem inaczej pojąć marzenia prof. Lubińskiej o wysokiej redystrybucji, na pewno wyższej niż minimalna, skoro minimalną wymyśla znikąd i lepi z niej straszaka? Każdemu według potrzeb, nawet po jego trupie, bo inaczej padnie nam wszystko, czyli gospodarka. A może by tak wpuścić na ten rynek trochę więcej rynku, zastąpić redystrybucję oszczędzaniem i inwestowaniem, czyli interesem, ryzykiem zarządzanym, a nie puszczonym na wyborczy żywioł, nie tylko w drugim filarze emerytur, który, jak się właśnie okazało, był w części mydlaną bańką redystrybucji a nie inwestycji, ale także w zdrowiu, w szkole, w wojsku, w policji i w tych wszystkich przyciężkich gałęziach przemysłu, na które dotąd musieli zarabiać wszyscy tylko nie ci, którzy w nich pracują? Zabierz i oddaj to redystrybucja. Zabierz, zapożycz się i oddaj mniej niż wziąłeś to redystrybucja w naszym obecnym wydaniu. Może by zatem zastąpić to absurdalne „zapożycz się i oddaj mniej” czymś sensowniejszym, choćby starym, poczciwym zwróć co do grosza i z procentem, bo w przeciwnym razie oddamy cię temu, który będzie umiał zwrócić i jeszcze na tym zarobi?

Autorka w ogóle nie rozważa tych alternatyw. Wiadomo, emerytów stale przybywa, lekarstwa drożeją, drogi niszczeją, a F-16 potrzebują lepszego serwisu niż ten od tupolewa, ale po co za to wszystko płacić za państwowej kasy? Nie mógłabyż była minister błysnąć pomysłem na jakieś partnerskie układy publiczno-prawne, na cięcie redystrybcji zwykłą wymianą, w której obywatel i jego firma jak równy z równym dają państwu odetchnąć, państwu pozwalając być państwem zdolnym do usług, a nie publiczną alfą i omegą? Gdyby zostawić obywatelowi nieco więcej w kieszeni, to może nie przepuściby od razu wszystkiego w kasynie czy na Karaibach, nie skonsumował wszystkiego w postaci nowych aut i lepszych jogurtów, ale zamienił to na jakieś produkty kapitałowe, pochodne giełdowe lub dobra trwałe, z których mógłby później finansować własne zdrowie, szkołę i lepszą przyszłość swoich dzieci? Lubińska takiej myśli w ogóle do siebie nie dopuszcza. Jeśli w Polsce ma być dobrze, to tylko dlatego, że państwo obywatelowi zabierze, odda mniej, zazwyczaj nie jemu, ale komuś innemu, narobiwszy po drodze długów na kontach wnuków i dzieci.

Dzieci Kryzysa

W tym samym „Eko+” złote swoje myśli publikują także Andrzej Arendarski, Witold Orłowski i inni, ale brak mi sił, żeby ich rzetelnie odzłocić i odbrązowić, poprzestanę więc na tym, że Arendarski wygłasza całą litanię komunałów nt. bezcennej roli innowacji w gospodarce, dając tym samym materialny dowód, że były minister premier Suchockiej, dziś prezez Krajowej Izby Gospodarczej, nie wie o czym mówi, więc konferencja Izby, którą zapowiada na czerwiec, będzie tyle warta, co jego tekst. Mógłby dokładnie odmówić dokument Komisji UE „Unia innowacji” i analogiczne projekty polskich rządów, zwłaszcza ostatni, bodaj najlepszy, pióra Boniego, którego rząd Boniego nie realizuje, i na tym tle mógłby uderzyć się w pieś, przyznając przed światem, że jego Izba Gospodarcza niczego równie sensownego na swój własny użytek nigdy nie przygotowała, niczego, czym mogłaby skutecznie utrudnić rządom ich notoryczne uniki, ale właśnie teraz zrozumiała swoje zaniedbanie, więc może można jej będzie wierzyć, że gdy w czerwcu obieca, że coś przygotuje. Arendarski takich augiaszowych robót nie podejmuje, woli pleść kleiberowskie bzdury od Sasa do lasa o potrzebie lepszej współpracy między rządem, nauką i biznesem, o zmianie mentalności obywatela, który się wciąż obstaje przy swoim i złośliwie niczego nie patentuje, i zaklinać o deszcz większych wydatków publicznych na R&D, a jakże by inaczej, które u nas wynoszą 0,59 proc. PKB, podczas gdy w Niemczech 2,53, a Szwecji przysłowiowe 4. Tym, że Niemcy mają z tego większy pożytek niż Szwedzi, rejestrując prawie połowę europejskich patentów, Arendarski się nie zajmuje, najwidoczniej nie wie co dokładnie Niemcy robią, ani czy to da się nad Wisłą powtórzyć, a jeśli tak, to od czego zacząć, a jeśli nie, to czego unikać.

Orłowskiego z tej trójki cenię najwyżej, ale i on tym razem lamentuje bez sensu nad naszym wykorzystaniem eurofunduszy. Poszły w infrastrukturę i wciąż tam idą, a nie w szkoły, laboratoria i innowacje, więc nie wiadomo czy się zwrócą tak, jakby się mogły zwrócić, gdyby były wydane z głową na głowę, a nie na to, co pod butami. Niby prawda, tyle, że to oczywiste, a skoro oczywiste, to dlaczego wciąż nie mamy dróg? Orłowski nie podaje żadnego dowodu, że za pieniądze, za które (a wcześniej bez których) wciąż nie udało się nam zrobić oczyszczalni, lotnisk i autostrad, udałoby się nam uzyskać lepsze miejsce w rankingu szanghajskim dla UJ czy UW i dziesięć razy więcej patentów. Dowodów nie ma, skąd miałby je mieć, skoro po dwudziestu latach wolności stwiedza banalną oczywistość z taką z miną, jakby odkrywał Amerykę. Nie odkrył. Zaspał. Nie warto mu przytakiwać, bo jak się przytaknie, to jemu podobni spece wezmą się za R&D, a wtedy wnet pójdziemy z torbami  do chaty kurnej, nie do Szanghaju. Za parę lat komputery będą na tyle niegłupie, że same sobie przesieją i przetłumaczą dorobek nauki polskiej po roku 1989 (o ile ktoś to zdigitalizuje) i przypuszczam, że znajdą tam sporo kompilacji i plagiatów, no bo jak inaczej wytłumaczyć to, że nauka przez tyle lat skutecznie uciekała przed ciężką pracą, chowając się właśnie u nas, nie w Szanghaju, przed światem?