RSS
czwartek, 14 lutego 2013
Błędy Berczyńskiego i Biniendy

Na portalu youtube.com dostępna jest relacja video z „Debaty smoleńskiej” zorganizowanej przez studentów na UKSW 5 lutego 2013. Odsłuchałem dwóch wystąpień i niżej dzielę się spostrzeżeniami. Uczestnicy tej konferencji często wyrażali ubolewanie, że nikt z członków komisji Millera nie zechciał ich zaszczycić obecnością. Zrobili to politycy, niestety, kontakty klasy politycznej z uczonymi tej klasy sprowadzają życie publiczne na manowce. W wystąpieniach Berczyńskiego i Biniendy aż roi się od błędów.

Komunikat dra inż. Wacława Berczyńskiego nt. przyczyn katastrofy: eksplozja, rekonstrukcja

Berczyński, zatrudniony w firmie lotniczej w USA, dowiódł w Warszawie, że nie rozumie zasad budowy samolotów. Stosunkowo niewielka wytrzymałość samolotu pasażerskiego na ujemne przeciążenia pionowe (chodzi o siły przyłożone z góry) jest dla niego dowodem, że samolot jest na takie przeciążenia bardziej odporny, bo „dach kabiny pasażerskiej działa jak zderzak”, natomiast znacznie większa wytrzymałość samolotu na znacznie większe dodatnie przeciążenia pionowe (działające od dołu) jest dla niego dowodem, że samolot na takie przeciążenia jest mniej odporny (!), więc szybciej się rozpadnie, gdy uderzy w ziemię podwoziem niż wtedy, gdy spadnie na dach. Nie wiem, kto Berczyńskiemu dał papier inżyniera, ale z takimi poglądami wyleciałby z hukiem z każdej szkoły technicznej, on tymczasem popisywał się swoimi mądrościami na oczach innych inżynierów i nikt przeciw temu nie protestował, co oznacza, że problem jest szerszy i nie dotyczy tylko Berczyńskiego. Dobrze że TV Trwam nagrała te mądrości i wrzuciła je do sieci. Niech się potomni pośmieją.

Samoloty pasażerskie są w stanie wytrzymać w powietrzu krótkotrwałe przeciążenia pionowe rzędu +8g, wiemy to na podstawie zdarzeń opisanych w literaturze przedmiotu, aczkolwiek po takich naprężeniach nadają się tylko na złom. Fotele i podłoga kabiny pasażerskiej są w stanie przetrwać krótkotrwałe +9g przy kolizji z ziemią oraz +5g przy uderzeniu z boku, jednak w chwili wystąpienia pionowego przeciążenia ujemnego jedynym zabezpieczeniem pasażera jest zapięty pas biodrowy, a tu, co każdy może sobie wyobrazić, nawet krótkotrwałe -2g (ciężar ciała rośnie wówczas dwukrotnie) jest ogromnym wyzwaniem dla ludzkiego organizmu.

Podczas katastrofy polskiego Tu-154 w Smoleńsku na ciała pasażerów działały ogromne przeciążenia ujemne poziome i pionowe, przed którymi nie sposób się zabezpieczyć, co doprowadziło nie tylko do natychmiastowej śmierci załogi i pasażerów, ale także do defragmentacji ich ciał. Wszystkim niedowierzającym w to, że samolot upadł w pozycji odwróconej, niech wystarczą relacje świadków z miejsca katastrofy oraz fotografie nielegalnie zamieszczane w sieci. Ciała ofiar leżą tam najczęściej twarzą do ziemi z nogami w kierunku lotu i wyglądają tak, jakby były w nią wprasowane przez fotele i podłogę kabiny, po której w chwili upadku przesunęły się najcięższe zespoły płatowca, wtedy znajdujące się ponad podłogą, czyli centropat ze zbiornikami paliwa i podwoziem. Część ogonowa samolotu jest zachowana najlepiej właśnie dlatego, że jej energia kinetyczna została rozproszona nie przez tarcie o podłoże, a głównie przez niszczenie struktury przedniej i środkowej części kadłuba.

Drugi kardynalny błąd Berczyńskiego polega na tym, że nie widzi różnicy między prędkością przelotową, która dla samolotów pasażerskich wynosi ponad 900km/h, a prędkością do lądowania, która jest trzy do czterech razy mniejsza. W ustabilizowanych warunkach przelotu samolot pasażerski może zachować sterowność nawet gdy straci 20 proc. powierzchni jednego płata, ale żeby mógł zachować sterowność także przy podejściu do lądowania, musi zwiększyć prędkość do lądowania o 30-40 węzłów (55-74km/h) w zależności od stopnia uszkodzeń i masy własnej. Problem ten był dyskutowany w literaturze przedmiotu od początku awiacji, bloger Niegracz podesłał mi link do opracowania AIAA i Unisys Corp. opartego na pomiarach tunelowych (Gautam H. Shah, Melissa A. Hill, Flight Dynamics Modeling and Simulation of a Damaged Transport Aircraft, AIAA, 2010), które jednak nie wnosi nic nowego w stosunku do wcześniejszej wiedzy.  W czasie ostatniej wojny zdarzało się, że nawet mocno uszkodzone ciężkie bombowce wracały bezpiecznie do bazy, niestety, kiedy pilot zapominał, że przy zredukowanej do lądowania prędkości sprawność sterów znacznie spada, zdarzało się, że podchodząc do lądowania z rutynową prędkością, nagle tracił kontrolę nad uszkodzoną maszyną i się rozbijał tuż przed pasem.

W chwili kolizji z pierwszymi drzewami polski Tu-154 leciał z prędkością ok. 280km/h i szybko tracił prędkość, bo skrzydła ważącego 88 ton samolotu wytwarzały wtedy prawie 120 ton siły nośnej, pracując na coraz większym kącie natarcia, z otwartymi klapami, slotami i wysuniętym podwoziem, a silniki dopiero nabierały mocy, samolot nie miał zatem żadnego zapasu prędkości, który pozwoliłby mu utrzymać stateczność po utracie 6 metrów lewego płata.

Berczyński myli się także w kwestii samego manewru podejścia do lądowania i kwalifikacji pilota. Ma rację twierdząc, że samolot powinien być tak zbudowany, żeby pilotaż był zawsze łatwy, ale piloci Tu-154 dobrze wiedzą, że ten przystosowany do dużych prędkości przelotowych samolot, ma prędkości minimalne większe niż inne liniowce, choćby popularny B-737, a w sytuacji, gdy warunki pogodowe nad lotniskiem są sześć razy gorsze od minimów pogodowych pilota, każdy manewr poniżej dozwolonych pułapów jest igraniem ze śmiercią, a Berczyński, choćby działał cuda, to tego nie zmieni.

Berczyński rozmija się z prawdą także wtedy, gdy twierdzi, że żaden samolot przy prędkości 280km/h nie rozleciałby się na tyle kawałków co polski Tupolew. Na świecie było wiele wypadków podobnych do smoleńskiego, choćby DC-9 w Nigerii w 2008 czy DC-9 w Kaliforni w 1996, niestety, Berczyński nie rozumie, że Tu-154 rozbił się nie dlatego, że spadł na ziemię płasko niczym liść z wysokości 20, 40 czy nawet 100 metrów, ale głównie dlatego, że z prędkością poziomą wynosząc blisko 280 km/h uderzył w drzewa i bagno pod dość ostrym kątem. Chwilowe przeciążenia w czasie pierwszego kontaktu z gruntem mogły sięgać kilkudziesięciu g, a lokalne przeciążenia były jeszcze większe, co prowadziło do gwałtownych niezometrycznych naprężeń, dlatego samolot uległ szybkiej defragmentacji. Niemal wszystkie szczątki maszyny zatrzymały się na dystansie niewiele dłuższym niż dwie, trzy długości kadłuba, a to oznacza, że energia kinetyczna płatowca w została rozproszona już w czasie pierwszego kontaktu z podłożem przez niszczenie struktury płatowca, a nie przez powolne jej wytracanie w ruchu po podłożu, jak to się dzieje, gdy samolot rozbija się na gładkiej powierzchni. Jeśli Berczyński tego nie wie, to znaczy, że nie zna fizyki ani historii wypadków lotniczych.

Komunikat prof. inż. W. Biniendy nt. przyczyny katastrofy; rola brzozy i rekonstrukcja upadku samolotu

Najzabawniejszym elementem tego wystąpienia był komentarz, na jaki zdobył się prof. Jacek Rońda, prowadzący panel. Rońda na podst. szacunkowych danych wyliczył, że energia kinetyczna samolotu rozproszona w trakcie kolizji z drzewem była znikoma w stosunku do jego energii całkowitej, co moim zdaniem odpowiada prawdzie, jednak Rońda z tej banalnej konstatacji wyprowadził błędny wniosek, że kolizja z drzewem nie mogła mieć istotnego wpływu na tor lotu samolotu, skoro tak mało energii kinetycznej zaangażowała. Nie wiem kto dał Rońdzie stopnie naukowe, ale jeśli on wygłasza takie bzdury, to równie dobrze może twierdzić, że umie zrobić latający dywan, wszak siły aerodynamiczne nie są mu do latania potrzebne. Panie inżynierze, gdy samolot ma dobrze wyważone lotki (masowo i aerodynamicznie), to małym palcem może go pan zmusić do pełnej beczki i wcale nie chodzi tu o samolot sterowany joystickiem jak Airbus. Nie trzeba wielkiej siły, żeby zmienić kierunek strug i wywołać taką asymetrię opływu płatowca, żeby ten zmieniał kierunek lotu, a w warunkach podejścia do lądowania, kiedy prędkość lotu zbliża się do minimalnej, zapas stateczności jest w ogóle najmniejszy, więc przy poważniejszym zaburzeniu symetrii opływu łatwo go utracić, a utraciwszy, nigdy już nie odzyskać.

Wykład prof. Biniendy zawierał dużo starych błędów i kilka nowych. Kesonowe skrzydło Tu-154 jest dla Biniendy skrzydłem złożonym z dźwigarów, które wg niego „przenoszą wszystkie naprężenia”, ale w którym nie ma ani górnej, ani dolnej powierzchni kesonu, a przecież to właśnie te płaszczyzny przenoszą najwięcej naprężeń. Dla Biniendy skrzydło kesonowe jest skrzydłem dźwigarowym. Najważniejsze części kesonu się nie liczą. Binienda równie dobrze mógłby wziąć rurę, usunąć z niej 80 proc. powierzchni ścianek i powiedzieć, że to wciąż ta sama rura o tej samej wytrzymałości jak normalne rury. Litości!

Biniendy model kolizji skrzydła z drzewem jest wielką zagadką, bo Binienda nie ujawnia żadnych danych matematycznych, ale z przedstawionych przez niego animacji można wnioskować, że to model błędny, o czym już wcześniej pisałem (Binienda i bieda nauki, S24), tym razem jednak Binienda niektóre błędy zaczął po cichu korygować, bo na nowych animacjach drzewo zaczyna się odkształcać prawie tak jak prawdziwe drzewo, a jednocześnie zagłębia się w płat mniej więcej tak, jak to miało miejsce w Smoleńsku, gdzie w złamanym skrzydle widać dziurę sięgającą mniej więcej połowy cięciwy płata. W narracji Biniendy nie ma jednak najmniejszego śladu tej korekty, a co dzieje się w jego równaniach matematycznych, nie wiadomo, bo ich nikt dotąd nie widział. Prokuratura wojskowa podała niedawno komunikat, z którego wynika, że komisje wypadkowe nie pomierzyły rzeczonego drzewa zbyt dokładnie. Miejsce złamania znajduje się nie na wysokości 5 czy 6 m nad ziemią, ale dokładnie na 7,8 metra, zaś grubość pnia w tym miejscu nie wynosi 30-40 cm, ale dokładnie 52 cm, Agnieszka Kublik pisze o tym w „Wyborczej”, więc Binienda powinien czym prędzej zacząć liczenie od nowa.

Podnoszony przez Biniedę problem „nieuszkodzonego” slotu na krawędzi natarcia płata jest pozorny. Sloty są ruchome, a tam były wysunięte do maksimum, więc odgięły się i przepuścił pień w miejscu łączenia sąsiadujących sekcji, zaś cały impet uderzenia przejął keson przedni i główny.

Binienda pokazał film dostępny na youtube.com z eksperymentalnej kolizji Lockheeda Constellation z ziemią, ale i tu dokonał błędnej interpretacji. Po pierwsze, analogia z kolizją w Smoleńsku jest ograniczona, bo Lockheed toczy się po pasie ze znacznie mniejszą prędkością niż lata Tupolew. Po drugie, skrzydła obu maszyn są inaczej zbudowane. Kesony ukośnych skrzydeł Tu-154 muszą przenieść więcej naprężeń skręcających, natomiast nie muszą dźwigać ciężaru czterech silników, co oznacza, że praca górnej i dolnej powierzchni kesona względem dźwigarów jest relatywnie większa niż w skrzydłach Lockheeda. Po trzecie, dla przebiegu kolizji, w której chodzi głównie o rozkład naprężeń lokalnych, mniejsze znaczenie ma to, że Tupolew jest generalnie większy, cięższy i szybszy od Lockheeda, ważniejsze jest raczej to, że skrzydła Tupolewa pracują przy większym jednostkowym obciążeniu powierzchni i konstrukcja płata musi ten fakt uwzględnić. Po czwarte wreszcie, co najważniejsze, skrzydło wspomnianego Lockheeda ścina dwa słupy telegraficzne, ale jednocześnie słup, w który uderzyła końcówka skrzydła, ścina także to skrzydło. Nie trzeba być inżynierem, żeby to dostrzec.

Uwagi Berczyńskiego i Biniendy nt. osobliwego stanu szczątków środkowej części kadłuba z „odwiniętymi burtami” zawierają błąd, o którym wspomniałem już wcześniej, polegający na pominięciu prędkości postępowej lecącego samolotu. To ona była główną przyczyną rozdzielenia kadłuba na trzy lub cztery sekcje, a następnie ich dalszej fragmentacji, tymczasem obaj inżynierowie z uporem lepszej sprawy opisują to zdarzenie tak, jakby ciężki samolot spadał pionowo z niewielkiej wysokości. W takich okolicznościach kadłub uległby jedynie zgnieceniu, fakty są jednak inne, poziomy wektor prędkości był tak duży, że każde przerwanie ciągłości struktury kadłuba w wyniku naprężeń i pęknięć prowadziło do lawinowych zniszczeń w kontakcie tak uszkodzonej struktury z podłożem i schemat ten dotyczy niestety także kabiny pasażerskiej. W locie odwróconym jej górna część zetknęła się z podłożem jako pierwsza i szybko została zerwana, a jej dolna część, znajdująca się wtedy wyżej, obciążona ciężkim centropłatem ze zbiornikami paliwa, a z tyłu sekcją ogonową z silnikami, wciąż miała tendencję do dalszego przemieszczania, co tworzyło ogromne naprężenia i prowadziło do lawinowych zniszczeń. Binienda w swojej symulacji w ogóle tego faktu nie uwzględnił. Jego wirtualny Tupolew rozbija się tak, jakby lądował na gładkim, betonowym pasie z niewielką prędkością, w lotnictwie to jednak niemożliwe.

Hipotezy wybuchowe Biniendy i Berczyńskiego kompromituje sam stan i ułożenie szczątków. Gdyby jakiś wybuch uszkodził samolot w locie, a ponadto urwał cały ogon i to jeszcze w locie prawidłowym, z podwoziem w dół, to wszystkie szczątki leżałyby dokładnie w osi lotu, bo żadna na świecie siła nie byłaby w stanie pchnąć ich wszystkich razem nagle w lewo i rozrzucić na planie stożka jak Smoleńsku. Wybuchy w powietrzu mają to do siebie, że prowadzą do rozrzucenia szczątków na planie elipsy dokładnie w linii lotu, tam tymczasem znajdujemy na ziemi pierwsze ślady kolizji, a następnie rozszerzające się pole rozsiewu szczątków, które wcale nie leżą na linii lotu na ścieżce podejścia do lądowania, ale są od niej oddalone i odchylone daleko w lewo. Żaden wybuch ani nawet cała seria najbardziej wymyślnych wybuchów nie byłby w stanie wywołać takich cudów. Mogły to zrobić jedynie skrzydła samolotu, które pod wpływem rotacji spożytkowały siłę nośną do gwałtownej zmiany trajektorii lotu, końcem końców doprowadzając do zderzenia z ziemią. Tym, którzy nie wierzą, że samolot upadł na plecy, niech wystarczą zdjęcia satelitarne z miejsca katastrofy. Rozrzut szczątków w połączeniu z położeniem ściętych drzew tworzy wspólnie trajektorię lotu samolotu, odchyloną na sam koniec regularnym łukiem w lewo. Eksplozje takich cudów regularności nie znają.

Reasumując, bez poważnej korekty modelu teoretycznego i lepszego oparcia na faktach rekonstrukcja katastrofy w Smoleńsku przedstawiona przez Biniendę i Berczyńskiego jest nie do utrzymania, nie widzę też sensu angażowania publicznych środków i instytucji do weryfikowania tego typu modeli.



piątek, 16 grudnia 2011
Sikorski ma rację

Krytycy Sikorskiego powinni sobie przypomnieć o pomocniczości, fundamencie katolickiej nauki społecznej, która dziwnym trafem stanowi także istotną część unijnego acquis communataire, zwłaszcza po Maastricht i Nicei. Zainteresowani znajdą ją w pełnym brzmieniu w dowolnej encyklice społecznej, polecam znakomitą Quadragesimo anno Piusa XI z 1931.

Ustrój europejski oparty jest na zasadzie pomocniczości, a to oznacza, że nie jest i nigdy nie będzie federacją ani superpaństwem, ani nawet pospolitym ruszeniem regionów, z tej prostej racji, że Wspólnota Europejska może przejąć jakieś fragmentaryczne komptencje danego kraju tylko po to, żeby mu pomóc, a nie po to, żeby mu je odebrać.

Pomoc tylko wtedy jest pomocą, kiedy prowadzi do rozwoju i usamodzielnienia, czyli do szybkiego ustania pomocy. W każdym innym przypadku jest mniej lub bardziej zakamuflowanym działaniem na szkodę. Jeśli zatem oparta na pomocniczości Unia komukolwiek pomaga, to tylko po to, żeby najszybciej jak to możliwe przestać pomagać, bo pomaganie komukolwiek w nieskończoność na pewno zamieni go niedorajdę.

Z drugiej jednak strony, jeśli pomoc ma być skuteczna, nie może być naiwna ani oparta na domysłach. Jeśli euro, jak każdy pieniądz, funkcjonuje jako realna wartość księgowa, a nie alegoryczna, to jego podstawą nie może być wyłącznie umowa polityczna zawarta przez dżentelmenów, którzy rachunkami się brzydzą. Rzeczywista pomoc unijna w zakresie finansów publicznych musi zatem być oparta na rzeczywistej wiedzy o finansach państwa, które tę pomoc przyjmuje – rzeczywistej, a więc nie takiej, jaką zwykli się popisywać dyplomaci na rautach, ale takiej, na podstawie której można napisać dobry budżet lub zrobić biznes bez większego niż to konieczne ryzyka.

Traktaty unijne przywołują papieską pomocniczość jak mantrę, nie zawsze przytomne wszystkich jej konsekwencji, niestety krytycy pomocniczości znają ją jeszcze słabiej. Zamiast sięgnąć po encykliki i kanony prawa, wolą utyskiwać na to, czego nie znają.

Zasady i ich użycie to czasem dwie różne sprawy. Idee rzucone w eter przez Radosława Sikorskiego i poparte przez Angelę Merkel w rękach partaczy mogą łatwo zamienić się w absurd, dlatego nie tylko ich konkurenci polityczni, ale cała opinia publiczna powinna patrzeć politykom na ręce. Póki co jesteśmy na etapie dyskusji nad pewnym modelem hipotetycznym. Warto przedyskutować go w szczegółach. Prawidłowo pojęta pomocniczość powinna być przecież pierwszym prawem nie tylko w Unii, ale także we wszystkich relacjach między rządem, samorządem i obywatelem.

21:35, krzysztofmadel
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 maja 2011
Ramzes i Kryzys nad Wisłą

Czy to nie Smoleń opowiadał Laskowikowi o dwóch egipskich braciach, Ramzesie i Kryzysie, z których pierwszy, wielki faraon, umarł, a drugi wciąż żyje i ma się dobrze? Czytając „Eko+” w piątkowej „Rzepie” przypomniałem sobie tę bajkę rodem z PRL. Kryzys żyje. Najlepiej mu w drukowanym.

Kryzys dla dzieci

Teresa Lubińska, ekonomistka z ministerialną przeszłością, w sążnistym tekście wylicza powody, dla których budżet Polski się nie dopina: mniej do niego wpływa ze składki rentowej, obciętej za jej rządów z 13 do 6 proc., i mniej z PIT, którego stawki w tym samym czasie skurczyły się z 19,3 i 40 do 18 i 32 proc. przy stosunkowo wysokiej kwocie przychodu wolnego od podatku (85,528 zł). Dlaczego w tym samym czasie skurczył się dochód z CIT, tego autorka nie wyjaśnia, wyjąwszy drobną wzmiankę o kryzysie, którego, jak wiemy skądinąd, w Polsce ponoć prawie nie było. Podobną niewiedzą, co martwi bardziej, wykazuje się Autorka w sprawie przyczyn wzrostu wydatków budżetowych. Wspomina wprawdzie na wstępie, że rządy i samorządy dużo teraz inwestują, żeby nie zmarnować dużych unijnych środków, ale do tej myśli później nie wraca, więc czytelnik nie dowie się czy te inwestycje są dobre, rozwojowe i czy w konsekwencji dają nadzieję na zasypanie deficytów publicznych, czy wręcz przeciwnie, ciągną nas w bagno konsumpcyjne, w tym przypadku zaprawione eurozłotem.

W tych wydatkach musi być jakaś metoda. Nakłady publiczne na cele gospodarcze, jak zauważa Lubińska, wzrosły w latach 2007-2011 z 3,6 do 5.2 proc., ale i tego nie analizuje bliżej, więc czytelnik nie jest pewien czy ten wzrost jest korzystny, skoro został wyliczony jednym tchem ze wzrostem stopnia redystrybucji PKB z 41,1 do 46,6 proc. i opatrzony zdjętym bodaj z niskiego sufitu kategorycznym stwierdzeniem, że „minimalny poziom wpływów do budżetu z danin publicznych to 32 proc. PKB, a przy mniejszym rozwój gospodarczy zostanie zatrzymany”.

Bierz i nie oddawaj, i jeszcze się zapożycz. Ministrowie finansów powinni otwarcie wyznawać tę doktrynę, dziś wyznają ją milcząco, wiedząc, że jest karalna, jak bowiem inaczej pojąć marzenia prof. Lubińskiej o wysokiej redystrybucji, na pewno wyższej niż minimalna, skoro minimalną wymyśla znikąd i lepi z niej straszaka? Każdemu według potrzeb, nawet po jego trupie, bo inaczej padnie nam wszystko, czyli gospodarka. A może by tak wpuścić na ten rynek trochę więcej rynku, zastąpić redystrybucję oszczędzaniem i inwestowaniem, czyli interesem, ryzykiem zarządzanym, a nie puszczonym na wyborczy żywioł, nie tylko w drugim filarze emerytur, który, jak się właśnie okazało, był w części mydlaną bańką redystrybucji a nie inwestycji, ale także w zdrowiu, w szkole, w wojsku, w policji i w tych wszystkich przyciężkich gałęziach przemysłu, na które dotąd musieli zarabiać wszyscy tylko nie ci, którzy w nich pracują? Zabierz i oddaj to redystrybucja. Zabierz, zapożycz się i oddaj mniej niż wziąłeś to redystrybucja w naszym obecnym wydaniu. Może by zatem zastąpić to absurdalne „zapożycz się i oddaj mniej” czymś sensowniejszym, choćby starym, poczciwym zwróć co do grosza i z procentem, bo w przeciwnym razie oddamy cię temu, który będzie umiał zwrócić i jeszcze na tym zarobi?

Autorka w ogóle nie rozważa tych alternatyw. Wiadomo, emerytów stale przybywa, lekarstwa drożeją, drogi niszczeją, a F-16 potrzebują lepszego serwisu niż ten od tupolewa, ale po co za to wszystko płacić za państwowej kasy? Nie mógłabyż była minister błysnąć pomysłem na jakieś partnerskie układy publiczno-prawne, na cięcie redystrybcji zwykłą wymianą, w której obywatel i jego firma jak równy z równym dają państwu odetchnąć, państwu pozwalając być państwem zdolnym do usług, a nie publiczną alfą i omegą? Gdyby zostawić obywatelowi nieco więcej w kieszeni, to może nie przepuściby od razu wszystkiego w kasynie czy na Karaibach, nie skonsumował wszystkiego w postaci nowych aut i lepszych jogurtów, ale zamienił to na jakieś produkty kapitałowe, pochodne giełdowe lub dobra trwałe, z których mógłby później finansować własne zdrowie, szkołę i lepszą przyszłość swoich dzieci? Lubińska takiej myśli w ogóle do siebie nie dopuszcza. Jeśli w Polsce ma być dobrze, to tylko dlatego, że państwo obywatelowi zabierze, odda mniej, zazwyczaj nie jemu, ale komuś innemu, narobiwszy po drodze długów na kontach wnuków i dzieci.

Dzieci Kryzysa

W tym samym „Eko+” złote swoje myśli publikują także Andrzej Arendarski, Witold Orłowski i inni, ale brak mi sił, żeby ich rzetelnie odzłocić i odbrązowić, poprzestanę więc na tym, że Arendarski wygłasza całą litanię komunałów nt. bezcennej roli innowacji w gospodarce, dając tym samym materialny dowód, że były minister premier Suchockiej, dziś prezez Krajowej Izby Gospodarczej, nie wie o czym mówi, więc konferencja Izby, którą zapowiada na czerwiec, będzie tyle warta, co jego tekst. Mógłby dokładnie odmówić dokument Komisji UE „Unia innowacji” i analogiczne projekty polskich rządów, zwłaszcza ostatni, bodaj najlepszy, pióra Boniego, którego rząd Boniego nie realizuje, i na tym tle mógłby uderzyć się w pieś, przyznając przed światem, że jego Izba Gospodarcza niczego równie sensownego na swój własny użytek nigdy nie przygotowała, niczego, czym mogłaby skutecznie utrudnić rządom ich notoryczne uniki, ale właśnie teraz zrozumiała swoje zaniedbanie, więc może można jej będzie wierzyć, że gdy w czerwcu obieca, że coś przygotuje. Arendarski takich augiaszowych robót nie podejmuje, woli pleść kleiberowskie bzdury od Sasa do lasa o potrzebie lepszej współpracy między rządem, nauką i biznesem, o zmianie mentalności obywatela, który się wciąż obstaje przy swoim i złośliwie niczego nie patentuje, i zaklinać o deszcz większych wydatków publicznych na R&D, a jakże by inaczej, które u nas wynoszą 0,59 proc. PKB, podczas gdy w Niemczech 2,53, a Szwecji przysłowiowe 4. Tym, że Niemcy mają z tego większy pożytek niż Szwedzi, rejestrując prawie połowę europejskich patentów, Arendarski się nie zajmuje, najwidoczniej nie wie co dokładnie Niemcy robią, ani czy to da się nad Wisłą powtórzyć, a jeśli tak, to od czego zacząć, a jeśli nie, to czego unikać.

Orłowskiego z tej trójki cenię najwyżej, ale i on tym razem lamentuje bez sensu nad naszym wykorzystaniem eurofunduszy. Poszły w infrastrukturę i wciąż tam idą, a nie w szkoły, laboratoria i innowacje, więc nie wiadomo czy się zwrócą tak, jakby się mogły zwrócić, gdyby były wydane z głową na głowę, a nie na to, co pod butami. Niby prawda, tyle, że to oczywiste, a skoro oczywiste, to dlaczego wciąż nie mamy dróg? Orłowski nie podaje żadnego dowodu, że za pieniądze, za które (a wcześniej bez których) wciąż nie udało się nam zrobić oczyszczalni, lotnisk i autostrad, udałoby się nam uzyskać lepsze miejsce w rankingu szanghajskim dla UJ czy UW i dziesięć razy więcej patentów. Dowodów nie ma, skąd miałby je mieć, skoro po dwudziestu latach wolności stwiedza banalną oczywistość z taką z miną, jakby odkrywał Amerykę. Nie odkrył. Zaspał. Nie warto mu przytakiwać, bo jak się przytaknie, to jemu podobni spece wezmą się za R&D, a wtedy wnet pójdziemy z torbami  do chaty kurnej, nie do Szanghaju. Za parę lat komputery będą na tyle niegłupie, że same sobie przesieją i przetłumaczą dorobek nauki polskiej po roku 1989 (o ile ktoś to zdigitalizuje) i przypuszczam, że znajdą tam sporo kompilacji i plagiatów, no bo jak inaczej wytłumaczyć to, że nauka przez tyle lat skutecznie uciekała przed ciężką pracą, chowając się właśnie u nas, nie w Szanghaju, przed światem?

wtorek, 22 lutego 2011
Jak gwelf z gibelinem

Słyszeliście, że powiedziano: «Będziesz miłował swego bliźniego», a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół (Mt 5, 43-44).

 

Przeciętny polski polityk – katolik, a jakże! – oddałby duszę, żeby go tylko nikt nie kojarzył zbyt mocno z chrześcijaństwem.  W życiu i w sejmie niczym smok wawelski zionie niechęcią do bliźnich, kolegów z wrogiej partii. Gdyby mógł, zionąłby ogniem. Co dokładnie myśli, nie wiadomo, wyborca też tego nie wie, wie jednak ponad wszelką wątpliwość kogo ów polityk nie lubi, nie znosi, nie szanuje. Kołem go dzisiaj nikt nie łamie, nikt go nie rzuca na pożarcie lwom, dlatego największej łaski męczeństwa doświadcza, gdy musi powiedzieć coś dobrego o innych, pogodzić się z nimi na czas dyskusji, głosowania czy wspólnej modlitwy. Jego największą cnotą polityczną nie jest zgoda, lecz unikanie zgody, wynajdowanie pretekstów i wymawianie innym złych intencji, a ukoronowaniem wszystkich cnót jest szydzenie z polityki miłości, nie z jej kłamstewek, ale z niej samej.

Wyborca nie jest od niego wiele lepszy. Sam na walki byków nie chadza, boksem się brzydzi, a wyborów unika jak ognia, lubi jednak wieczorem włączyć telewizor i patrzeć jak naparzają się politycy. Gdyby mógł, sam by im dołożył. W katolickim kraju partie mogłyby konkurować ze sobą w uprzejmościach, w ustępowaniu sobie miejsca na mównicy, w bronieniu racji swego śmiertelnego wroga przed nim samym, w trafnym uzasadnianiu dobrych projektów i w szybkim wcielaniu ich w życie, ale takiej konkurencji w polskim sejmie nikt dotąd nie wymyślił, więc wyborca, nawet gdy nie wierzy niebo i piekło, czci je codziennie, bijąc pokłony (i wygrażając pięścią) w stronę Wiejskiej.

Dzisiejszym gwelfom i gibelinom daleko do oryginałów. Dantego nikt dzisiaj nie wypędza z miasta za poglądy, ale wyłącznie za to, że jest Dantem, usiłującym opisać światu sprawę w szczegółach, zaś sprawy Dantona w ogóle nie ma, bo granie na dwa fronty i szukanie zgody ponad podziałami oznacza dzisiaj śmierć już na starcie. Wspólne procesje i wspólne wyścigi na palio już się nie powtórzą. Polskie partie nie chcą na siebie patrzeć nawet na pogrzebie.

Niccolo Machiavelli, „ewangelista” polityków, nigdy nie wierzył w to, co jest naprawdę, a jedynie w to, co się wydaje, ale nawet on nie odważyłby się tak otwarcie drwić z chrześcijaństwa. Książę hodowany podług jego przepisu na skutecznego polityka musiał mieć nienaganne maniery, a nadto sprawiać wrażenie, że jest wyraźnie lepszy w każdej dziedzinie od swych konkurentów. Machiavelli nie byłby sobą, gdyby mu radził wygrywać wojny pięknymi słowami lub grą na klawesynie, ale nawet wtedy, gdy gloryfikował zwierzęcą siłę i przebiegłość, proponował program pozytywny, zredukowany do wartości witalnych, lecz pozytywny, nie był bowiem aż tak naiwny, żeby wierzyć w zwycięstwo oparte na byle czym.

Bylejakość i inflację wartości można leczyć. Nie Machiavellem, bo on jest dziś nie do przyjęcia nawet w krajach tak skrajnie sekularyzowanych jak Japonia.  Wzajemną niechęć oraz jej przyczynę, skrajną bezradność wobec świata, można łatwo leczyć przez uważne, szczegółowe opisywanie rzeczywistości, przez użycie w tym opisie wszelkich dostępnych źródeł, nawet za cenę pewnego zantagonizowania środowiska, aby następnie, już wspólnie, je porządkować, hierarchizować i wskazywać rozwiązania. Eryk Voegelin, wciąż u nas zapoznany, w transcendencji osoby upatrywał jedynego skutecznego lekarstwa na potęgę mitu walcującego wszystko i wszystkich ze strachu przed nieopisanym światem.

Roman Graczyk w „Cenie przetrwania” (Warszawa 2011) dowiódł, że Voegelin miał rację. Mit „Tygodnika Powszechnego” w naszych czasach pozostałby tylko mitem, tym samym, którego komuniści bali się tak bardzo, że choć nasyłali na „Tygodnik” agentów, nijak nie umieli go wytropić w słowach, podczas gdy każdy czytelnik znajdował go tam z łatwością między wierszami „Obrazu tygodnia” Kozłowskiego, w felietonach Spodka i niedościgłego Kisiela. Mit pozostałby jednak tylko mitem, coraz mniej zrozumiałym dla współczesnych, gdyby dzisiaj Graczyk nie dowiódł, że nawet marne ubeckie kwity z kawiarni są za nim.

Warto zapłacić kilka łez za „Cenę przetrwania”. To naturalne, że nie wszyscy byli herosami i że niektórzy spotykali się z SB, choć nie musieli, nie zyskując w zamian nic, z czego dzisiaj byliby dumni. Rzeczą niezwykłą i niechrześcijańską byłoby bronić tego mitu przed nim samym kosztem różnicy, jaka zachodzi między człowiekiem uwikłanym a człowiekiem wolnym. Wszyscy mają prawo dokładnie poznać tę różnicę. Ona jedna na pewno nie jest mitem i na pewno jest także z „Tygodnika”.

Dziennik Polski 19-20 lutego 2011.

środa, 02 lutego 2011
Smoleńskie przesądy

Mgła. Była gęsta jak mleko, ale w wypadku smoleńskim odegrała rolę pozytywną. W trakcie lotu na okręgu załoga tupolewa dowiedziała się od kapitana Wosztyla z jaka stojącego na lotnisku, że widzialność przy ziemi spadła do dwustu metrów, czyli do wartości pięciokrotnie gorszej niż minimalne standardy lotniska, samolotu i samej załogi. Wosztyl dodał wprawdzie: "Możecie jak najbardziej spróbować", ale to, co powiedział o mgle, de facto odebrało im prawo do schodzenia na pas. Gdyby posłuchali Wosztyla, a wcześniej rosyjskiego kontrolera ruchu, który szacował tę mgłę na 400 metrów widzialności, uniknęliby wypadku. Mgła mogła ich tylko uratować, nie zgubić. Wszystkie błędy popełnili w chmurach, nie we mgle, a gdy ją w końcu zobaczyli, było już za późno.

Lotnisko nie miało stacji meteo, o czym wiedzieli, więc nawet nie pytali o podstawę chmur. Dyżurny oficer nie był w stanie jej podać, bo w czasie mgły nie da się zmierzyć na oko podstawy chmur. Wosztyl, który przebił się przez te chmury, lądując tam godzinę wcześniej, oszacował podstawy na 50 metrów. Nie było zatem sensu schodzić. Nawet gdyby zeszli dwukrotnie niżej niż dopuszczalne minima, to i tak niczego by nie ujrzeli, bo wciąż byliby w chmurach. Zgubiły ich niskie chmury, nie wiadomo dokładnie jak niskie, nie mgła. Mgła była potwierdzona z wielu źródeł. Wyszła znad rzeki, żeby ich przestrzec i uratować.

Naciski. Ani prezydent Kaczyński, ani jego ministrowie, ani jego ulubiony generał Błasik, ani szef protokołu Kazana, ani Rosjanie z wieży, ani nawet ów tajemniczy generał z Logiki, który pozwolił wpuścić Polaków nad pas, nie naciskali na nikogo tak, żeby to można uznać za przyczynę wypadku. Nie naciski ich zgubiły, ale brak nacisków. Na oko i na zdrowy rozum pogody do lądowania nie było, ale samolot umocowany w powietrzu dyplomatycznie i politycznie (międzynarodowo) rządził się swoimi prawami. W obu zaprzyjaźnionych państwach posttotalitarnych (trudna przyjaźń), w których do niedawna polityka wyłaziła z butą z każdego buta, taki samolot przypominał świętą krowę. Jego pasażer nie musiał na nikogo naciskać, żeby mu z atencją dygano. Wystarczy, że nic nie mówił. Generał z Logiki powinien był to uprzytomnić Krasnokuckiemu, trochę na niego nacisnąć, pokrzyczeć, żeby go ocucić, przywołać do porządku, a Krasnokucki powinien był to samo zrobić z Protasiukiem, a Protasiuk z Błasikiem, a Błasik z Kazaną, a Kazana z Kaczyńskim, a Kaczyński z Polakami, niestety, jak wiemy, nikt z nich tego nie zrobił. Stąd wypadek.

Generał z Logiki pozwolił Polakom na więcej niż powinien, bo mu się to wydało naturalne wobec tak dostojnych gości. Krasnokucki po udanym lądowaniu polskiego jaka przypisał Polakom jakieś nadludzkie zdolności nawigacyjne, więc godzinę później już się nie dziwił, że ci z tupolewa z prezydentem Polski na pokładzie próbują czegoś, co się nie udało Rosjanom wiozącym samochody. Protasiuk schodził w dół dwa razy szybciej niż powinien, ale nikt go za to nie zbeształ w kabinie, nikt nie zareagował na wskazówkę wariometru wychyloną w dół na minus 8 m/s, bo się wszystkim wydało, że skoro najlepszy pilot pułku tak schodzi, to znaczy, że tak można, nawet tupolewem. Lepiej zejść do pasa w chmurach niż nie schodzić wcale, bo jak się człowiek za bardzo trzyma regulaminu, to potem może dadzą jakiś order, ale wcześniej doniosą na niego do prokuratury i wyzwą od tchórzy w wszystkich stacjach, jak to zrobił Karski z Pietruczukiem za Tibilisi. Tym razem żaden guzik nie mógł się rozpiąć samowolnie, więc Błasik, tak na wszelki wypadek, zrobił załodze odprawę przed lotem, a tuż przed wypadkiem, w najtrudniejszym momencie lotu, wszedł do kokpitu. Czuwał nad wszystkim, choć o niczym nie miał zielonego pojęcia. Nawykami wyniesionymi z małych maszyn mógł im tylko zaszkodzić. Kazana nie wiedział, co będzie dalej, bo na bizantyjskim dworze życzenia władzy z zasady są nieodgadnione. Przestał pytać: co dalej?, a Kaczyński nie zamierzał mu niczego wyjaśniać przed czasem, no bo jak on mógłby to zrobić Polakom, żeby nie być w Katyniu w roku wyborczym, skoro nawet Tusk z Putinem tam byli?

Ciśnienie historii, zwłaszcza tej najnowszej, poststalinowskiej i popeerelowskiej, było nad Smoleńskiem tak duże, że nikt na nikogo nie musiał naciskać. I wypadek gotowy. Szkoda tylko, że nikt się temu amokowi nie przeciwstawił. Ktoś taki postąpiłby po ludzku, a zarazem nadzwyczaj opatrznościowo. Jeśli zatem w Smoleńsku czegoś zabrakło, to właśnie nacisków, zdrowych, stanowczych, nieustępliwych, zwyczajnego obstawania przy swoim dobrze uzasadnionym obowiązku wbrew nawykom amorficznego towarzystwa pędzącego na łeb na szyję w niskie chmury, byle do celu.

Pułap. Na stu metrach major Grzywna, zobaczywszy pas, powinien był przejąć stery od kpitana Protasiuka i posadzić samolot na płycie. Nie zrobił tego, bo na stu metrach nic nie widział. Byli w mleku, nie widzieli nawet własnego ogona, więc zaczęli się ratować, niestety samolot leciał zbyt szybko i opadał dwukrotnie szybciej niż powinien, więc zanim zadarł dziób, zanim skrzydła zaczęły wytwarzać siłę, która masę blisko 80 ton mogłaby w końcu odepchnąć w górę, ziemia nagle zamajaczyła im przed nosem, ścieli wierzchołki drzew i się rozbili. Pułap stu metrów nie jest tu niczemu winien. Ten pułap miał ich uratować. Zabił ich czas, krótkie siedem sekund, podczas których nawigator powtarzał jak mantrę: "Sto metrów, sto metrów" (Grzywna za nim), gapiąc się w radioaltimetr, tymczasem samolot wciąż schodził w dół, dokładnie jak wcześniej, opadając ku ziemi znacznie szybciej niż skoczek na spadochronie. W ciągu tych długich siedmiu sekund stracili ok. 60 metrów wysokości. Do ziemi zostało im w efekcie mniej niż potrzebuje ten typ samolotu, żeby poderwać się z opadania rzędu 8 m/s (patrz rys. z instrukcji fabrycznej). To nie niski pułap ich zgubił, ale nadmierna prędkość pionowa i czas. Zbyt długo wyglądali pasa. Wciąż nie wiadomo, co dokładnie wtedy robili.

Jar. Gdyby nie jar, zginęliby już na wysokości drugiej radiolatarni. Protasiuk jakimś cudem wyprowadził samolot nad ziemią, ale udało mu się to tylko dlatego, że ziemia leżała tam 20 metrów niżej niż samo lotnisko. Jar ich ocalił. Bezpośrednio wcześniej lecieli nad stokiem schodzącym w dół (stąd to długie pozorne utrzymywanie się na wysokości rzekomych stu metrów), w kabinie wszyscy jednak wiedzieli, że samolot cały czas opada, więc odczytu tych stu metrów nikt nie brał na serio. Radioaltimetr mówił jedynie, że właśnie lecą nad opadającym stokiem, jakich pełno w rozpadlinach, którymi płyną europejskie rzeki.

To nie jar ich zgubił ani nie słaba znajomość miejscowej topografii, ale raczej słaba znajomość właściwości lotnych płatowca. Protasiuk zapomiał na chwilę, że zapas wysokości potrzebny do bezpiecznego wyrwania maszyny w górę rośnie w postępie geometrycznym wraz ze wzrostem prędkości opadania. Przy regulaminowych 3,5 m/s Tu-154 traci tylko 10 metrów pułapu zanim wyrówna, ale przy 8 m/s traci pięciokrotnie więcej i żadna siła, żaden pilot, żaden automat nie poderwie go w górę szybciej (patrz rys. jak wyżej). Silniki szły wtedy na jałowym ciągu, bo włączony automat ciągu zdusił je do maksimum w czasie schodzenia, więc teraz po szarpnięciu wolantu ku sobie stracili co najmniej 50 metrów zanim w końcu zaczęli się wznosić.

Brzoza. Sprawczyni fatalnej kraksy trzysta metrów dalej. Gdyby nie feralna brzoza, tupolew nie straciłby sześciu metrów lewego skrzydła i nie upadł na plecy, grzebiąc w jednej chwili wszystkich, niemniej wedle wszelkich reguł prawdopodobieństwa rozbiłby się nieco dalej, bo przy wciąż nie rozpędzonych silnikach i skrzydłach pracujących pod coraz większm kątem natarcia prędkość postępowa samolotu zaczęła gwałtownie spadać, więc i tak uderzyłby on w ziemię, tyle że kołami w dół, a część pasażerów mogłaby to przeżyć. Brzozy nie można jednak obwiniać o wszystko. Inne drzewa rosnące w linii lotu były zagrożeniem nie mniejszym niż ona, jak w słynnym wypadku francuskiego airbusa.

Na kursie i na ścieżce. Kultowy zwrot. Synonim wpuszczania kogoś w maliny. Nie przez Krasnokuckiego i Plusnina, ale przez partię. Politykom prawda tak bardzo miesza się kłamstwem, że czasem widzą czarne tam, gdzie inni widzą śnieg. Tupolew był na kursie i na ścieżce na tyle, na ile mógł być wg tzw. nieprecyzyjnych pomocy nawigacyjnych. Nieprecyzyjnych, czyli takich, do użycia których potrzeba co najmniej 1 km widzialności poziomej i stu metrów do podstawy chmur, a oni tyle nie mieli. Radiolatarnie są tak niedokładne, że pilot zdał się najprawdopodobniej wyłącznie na GPS, a operator radaru operował radarem tak niedokładnym, że nie był w stanie komendami głosowymi utrzymać w stożku zejścia szybkiego tupolewa, który najpierw jakby "odbił się" od górnej granicy stożka, bo zaczął ścieżkę o wiele za późno, z silnym wiatrem w plecy, w ogóle nie meldując o jej rozpoczęciu, a potem ostro szedł w dół aż w końcu dokładnie tam, gdzie powinien był odlecieć na drugi krąg, niespodziewanie zszedł jeszcze niżej i zniknął za horyzontem. Kontroler nie mógł tego przewidzieć, bo w tej osatniej fazie nawigator tupolewa czytał mu stałą wysokość 100 metrów. Kiedy po sekundzie lub dwóch zrozumiał, że nawigator czyta wysokość radiową, a nie baryczną, tupolew wyszedł już poza ścieżkę. Kontroler krzyknął: Horyzont! ale nie było żadnego odzewu. Mógł przypuszczać, że załoga tupolewa chce zrobić to samo, co załoga jaka, tzn. wyjść ze ścieżki i na nieregulaminowo niskim pułapie wyglądać pasa i świateł. Po kilku sekundach było jednak jasne, że tym razem ten manewr się nie powiódł.

W czasie późniejszego dochodzenia okazało się, że załoga nie czekała na żadne komendy korekcyjne z wieży. Słowa na kusie i na ścieżce nie miały dla nich większego znaczenia, bo samolot całą ścieżkę wykonał na automacie.

00:18, krzysztofmadel
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 grudnia 2010
Etyka dla dziennikarzy

Transkrypcja wykładu. Akademia Europy Środkowej, Gera, 23-24 kwietnia 1999 r.

Zanim przejdę do teorii, opowiem Państwu pewien epizod z życia jednego z moich znajomych. W milionowym mieście położonym niedaleko Moskwy ukazuje się gazeta codzienna. Gazeta ma charakter komercyjny, ale wydawca nie jest w stanie jej samodzielnie utrzymać, dlatego pracujący w niej dziennikarze zaczynają sami "organizować" rynek reklam. Te reklamy to przede wszystkim długie wywiady z lokalnymi prominentami. Z tych wywiadów dowiadujemy się, że pan X czyta Dantego i Petrarkę, pan Y jest koneserem sztuki operowej, itp. Obok wywiadu pojawia się kolorowa reklama. Dylemat moralny polega na tym, że ta reklama przedstawia interesy prowadzone przez pana X lub Y. Kolejny dylemat moralny polega na tym, że nikt nie informuje czytelnika o jakimkolwiek związku między tą reklamą i bohaterem zamieszczonego obok niej wywiadu. I jest jeszcze jeden dylemat: pan X nigdy nie czytał Dantego ani Petrarki, zaś pan Y nigdy w życiu nie był w operze. Dziennikarze wspomnianej gazety — i chyba tylko oni — zdają sobie sprawę z wszystkich tych dylematów. Co więcej, poczuwają się do winy. Pojawia się w nich potrzeba ekspiacji, oczyszczenia. Dlatego publikują w swojej gazecie fotoreportaże, w których czytelnik ogląda bogate wille oraz twarze ich właścicieli, którymi są aparatczycy dawnego reżymu — wielce przykrzy komuniści. Dziennikarze chcą pokazać całą prawdą właśnie o nich. Dziennikarze swobodnie konfabulują na temat swoich dzisiejszych sponsorów, ale ten występek chcą jakoś "odkupić" poprzez mówienie prawdy o dniu wczorajszym i dzisiejszym rosyjskiej polityki.

Ten rodzaj moralnej ekspiacji nie wszystkim się jednak podoba. Pewnego dnia redaktor naczelny naszej gazety zostaje ugodzony nożem przez jednego z czytelników. Policja nie jest w stanie ustalić tożsamości napastnika. Jedno jest pewne — był zagorzałym komunistą. Nasz redaktor cudem przeżył ten wypadek z nożem. Dzisiaj jest moim dobrym znajomym i współbratem zakonnym. Po wypadku z nożem miał wiele czasu na rozstrzyganie dylematów moralnych i w końcu zdecydował, że najlepszym rozwiązaniem jest zostać jezuitą. Jego następca miał mniej szczęścia. Parę miesięcy później on także spotkał czytelnika-nożownika. Niestety nie przeżył tego spotkania.

W powyższej historii jak w soczewce skupia się cały szereg zagadnień moralnych. Dziennikarz, czytelnik, wydawca, opinia publiczna — wszyscy oni nie funkcjonują tu tak, jakby chcieli i jak powinni. Jak temu zaradzić?

Zanim sformułujemy rozwiązanie najpierw spróbujmy opisać same media. A te, jak wiemy, podlegają nieustannej transformacji. Patrząc na historię mediów jesteśmy w stanie wyróżnić pewne modele ich funkcjonowania. W przeszłości mieliśmy do czynienia z tradycyjnym modelem politycznym, w którym medium wiodącym była codzienna gazeta, a później także publiczne radio i telewizja. Mniej więcej w latach sześćdziesiątych sytuacja zaczęła się zmieniać. W nowym, dominującym modelu ekonomicznym głównym regulatorem systemu (latach osiemdziesiątych widać to już bardzo wyraźnie) stały się media komercyjne, przede wszystkim telewizja. Na naszych oczach dokonuje się jednak kolejna transformacja. Coraz większą rolę zaczyna odgrywać telewizja kablowa, network TV, komputer sieciowy (NC) i platforma cyfrowa, a więc instrumenty, którymi będzie posługiwać się przyszły model kulturowy mediów. Przyczyną tych zmian są, owszem, zmiany kulturowe, ale przede wszystkim postęp technologiczny, który bardzo poważnie obniżył koszty produkcji i emisji programów. Po osiągnięciu pewnego pułapu koszty dalszego zwielokrotniania kanałów emisji stają się coraz niższe. Nie bez znaczenia są tu także przemiany ekonomiczne. Wiemy, że dzisiejszy rynek równoważy się od strony konsumpcji, a nie, jak jeszcze w latach pięćdziesiątych, od strony produkcji. Wyprodukowanie zapotrzebowania na dany towar jest dzisiaj ważniejsze niż wyprodukowanie samego towaru.

W dzisiejszych mediach jest tłoczno. Trudno się przebić. Jednocześnie w dzisiejszych mediach występuje zjawisko jakie obserwujemy na giełdach papierów wartościowych, tzn. zjawisko "reakcji łańcuchowej" albo "procesu lawinowego". Jeśli ktoś odnosi sukces medialny, to staje się on także sukcesem społecznym, kulturowym, ekonomicznym, ponieważ zostaje natychmiast spotęgowany. Możemy zatem powiedzieć, że w pewnym sensie w mediach jeszcze bardziej wzrosła rola osoby, osobowości. Sukces pojedynczej osoby — już nie tylko producenta, kompanii, grupy interesów, ale pojedynczej osoby — może być dość łatwo wzmocniony i spotęgowany. Z drugiej strony, możemy powiedzieć, że punkt równowagi w relacji między nadawcą i odbiorcą przesunął się jeszcze bliżej podmiotu. Rola instytucji, regulacji prawnej, tradycji jest mniejsza. Rola podmiotu, a więc autora jako osoby i konsumentajako osoby — wzrosła niepomiernie. W pewnym sensie wszystkie te procesy można nazwać procesami niesłychanie pozytywnymi. Przecież o to właśnie chodzi, żeby media były bardziej ludzkie i lepiej służyły człowiekowi. Skoro jednak wzrosła rola osoby, to na pewno zakres jej odpowiedzialności także się powiększył.

Spróbujmy te przemiany w mediach jeszcze precyzyjnej. Przyszłość mediów nie jest przecież do końca jasna. Entuzjazm dla mediów cyfrowych trochę w tej chwili osłabł. Wydaje się, że to wszystko nie będzie się zmieniać tak bardzo ani tak szybko, jak się spodziewano jeszcze parę lat temu, niemniej pewne akcenty na pewno się przesuną. Jest to dla nas bardzo ważne, ponieważ jeśli chcemy rozpoznać sytuację etyczną to musimy dobrze rozpoznać miejsce, w którym się znajdujemy.

W tradycyjnym modelu politycznym, w którym medium wiodącym kiedyś była gazeta codzienna, struktura rynku miała charakter monopolu, oligopolu. Dzisiaj taka sytuacja już nie istnieje. W Polsce jeszcze trochę tak jest, ale w normalnych demokracjach już nie. W dominującym obecnie modelu ekonomicznym rynek mediów funkcjonuje na zasadach wolnej konkurencji, jest rynkiem z prawdziwego zdarzenia. Jaka będzie struktura rynku przyszłego modelu kulturowego? Nie wiadomo. Prawdopodobnie będzie to jakaś struktura mieszana, ale co do tej kwestii nie ma zgodności.

W tradycyjnym modelu politycznym media były przekazicielem zależnym (zależały od instancji władzy lub grupy kapitałowej). W obecnym modelu ekonomicznym media są mniej lub bardziej samodzielne. W przyszłym modelu media najprawdopodobniej uzależnią się od odbiorcy. Stabilizacja rynku wymiany nastąpi od strony konsumenta, grup konsumentów.

Celem mediów w modelu tradycyjnym było umocnienie władzy w szerokim sensie tego słowa oraz afirmacja zastanej kultury. Media spełniały funkcję kulturalno-polityczną. W dominującym obecnie modelu ekonomicznym celem jest przede wszystkim pomnażanie kapitału. Co będzie celem przyszłego modelu mediów trudno jednoznacznie powiedzieć. Bardzo możliwe, że dominujący nurt przekazu jeszcze bardziej zbliży się w kierunku rozrywki lub po prostu międzyludzkiej komunikacji, natomiast czynnik ekonomiczny będzie dominować tylko w niektórych obszarach

Celem publicystycznym w tradycyjnym modelu mediów było informowanie i kształtowanie opinii publicznej. Możliwy był zatem pewien "paternalizm" mediów, a nawet pewna ich "arogancja". W modelu ekonomicznym celem publicystycznym jest integrowanie i relaksowanie widza. Media zaczęły "kłaniać się niskim gustom". Natomiast cel publicystyczny przyszłych mediów będzie jeszcze bardziej praktyczny. Będzie szło o spełnianie usług wobec pojedynczych osób. Bardzo możliwe, że "paternalizm" i "kłanianie się niskim gustom" będą do tego stopnia konkurować ze sobą, że pojawi się zjawisko samoregulacji.

W pierwszym modelu odbiorcą mediów było społeczeństwo, zwłaszcza społeczeństwo tego samego języka. W modelu obecnym odbiorcą jest konsument oraz "wierny widz", który silnie identyfikuje się z danym programem, autorem. W nowym modelu ta identyfikacja pod wieloma względami będzie silniejsza, z drugiej jednak strony, będzie zupełnie przypadkowa i nietrwała, ponieważ odbiorcą mediów będą "buszujący w sieci" (webcatchers).

Osiąganie celu medialnego w pierwszym modelu dokonywało się na podstawie katalogu pozytywnego (np. w myśl zasady: "chcemy przekonać, że nasza partia ma słuszność", lub "chcemy powiedzieć, że interes społeczny i narodowy wygląda tak a tak"). Katalog celów sformułowany był pozytywnie i regulacje prawne starły się go materialnie opisać. W Polsce kilka lat temu mieliśmy dyskusją na terminem "wartości chrześcijańskie" w ustawie o mediach. Katalog celów w ekonomicznym modelu mediów jest negatywny ("nie chcemy popierać przemocy, ideologii, nietolerancji", "nie chcemy mówić rzeczy niepopularnych"). O katalogu pozytywnym mówi się niechętnie. Regulacje prawne mają charakter wybitnie formalny. W przyszłym modelu wspólny katalog wartości najprawdopodobniej nie będzie istnieć, niewątpliwie jednak pojawi się wyraźna "konkurencja katalogów", przy czym nie będzie to konkurencja katalogów pozytywnych z negatywnymi, ale raczej konkurencja różnych katalogów tego samego typu. Regulacje prawne będą musiały to jakoś uwzględnić. Najprawdopodobniej ci uczestnicy wymiany medialnej, którzy będą posługiwać się wyrazistym katalogiem, będą w przyszłości funkcjonować w zupełnie inny sposób niż ci, którzy zrezygnują z jasnego katalogu. Bardzo możliwe też, że ci ostatni zostaną zepchnięci na margines.

Regulatorem ryku wymiany medialnej w przeszłości było państwo. Dzisiaj możemy chyba mówić o zjawisku samoregulacji. W przyszłości samoregulacja także będzie możliwa, ale już nie dzięki konkurencji nadawców, lecz dzięki "konkurencji konsumentów". Silna niegdyś rola państwa dzisiaj znacznie osłabła. W przyszłości rola instancji państwowej powinna mieć charakter stymulujący i powinna dotyczyć przede wszystkim zapewnienia wysokich standardów edukacji medialnej. Jeśli przypomnimy sobie jak funkcjonowały wysokorozwinięte społeczeństwa starożytne, takie jak Ateny, oparte na kulturze języka mówionego (nie pisanego, lecz mówionego), to stwierdzimy, że cały proces edukacyjny podporządkowany był potrzebom tej kultury. Każdy z obywateli Aten (obywatele to ok. 10% społeczeństwa) mógł sprawować wszystkie funkcje w państwie, dlatego każdy z obywateli do aż do osiemnastego roku życia uczył się języka mówionego, jego retoryki, sztuki. Rozwój filozofii i innych nauk nie byłby możliwy, gdyby nie zapotrzebowanie na społecznie użyteczną argumentację. Jeżeli my dzisiaj uczymy się czytać i pisać, to jednak uczymy się zaledwie najprostszej gramatyki pisania i czytania. Ich retoryki już nie znamy. Ich sztuki tym bardziej nie. Tym mniej znamy retorykę języka mediów elektronicznych, ba nie znamy nawet ich gramatyki, najprostszych znaków. Czytamy je wyłącznie intuicyjnie. Wiemy tylko to, co ktoś chciał nam powiedzieć, ale już nie to, jak to powiedział i czy powiedział mądrze.

Gdyby podsumować powyższe rozróżnienia, które były próbą opisu rzeczywistości historycznej, to moglibyśmy chyba ustalić pewne uniwersalne funkcje mediów — "uniwersalne", czyli niezależne od tego, jaki model mediów aktualnie dominuje. To wyliczenie funkcji może być do pewnego stopnia arbitralne, jestem jednak przekonany, że każdy z uczestników wymiany medialnej podlega tym funkcjom. Wyróżniłbym zatem polityczne funkcje mediów. Chodzi tu o Politykę przez wielkie "P", a więc tę bardziej podstawową, powszechną, obejmującą każdego z obywateli, dzięki której możliwa jest polityka przez małe "p", tzn. życie polityczne opisane na pierwszych stronach gazet. Funkcje polityczne mediów to tworzenie opinii publicznej oraz artykułowanie interesu publicznego, ponadto informowanie o zjawiskach społecznych, kulturowych, kształcenie i uświadamianie problemów, a wreszcie kontrolowanie instytucji i organów władzy, również ich legitymowanie. Niewątpliwie media posiadają pewne stricte ekonomiczne funkcje obejmujące przepływ towarów i usług. Istnieją wreszcie kulturowe funkcje mediów: relaks, rozrywka, praktyczna pomoc, socjalizacja i integracja społeczna, edukacja, a nadto kreowanie kultury masowej i wysokiej.

Te trzy rodzaje funkcji mediów mają w moim przekonaniu charakter transcendentalny. Używam tu języka kantowskiego, ale mówiąc prościej chodzi o to, że każdy rodzaj przekazu medialnego pełni jakąś funkcję polityczną, ekonomiczną i kulturową, i to niezależnie od tego, czy jest to zamierzeniem autora tego przekazu, czy też nie. Problem etyczny polega na tym, żeby to, co transcendentalne, stawało się kategorialne nie bez świadomego i wolnego udziału wszystkich uczestników wymiany medialnej. Idzie zatem o to, żeby każdy uczestnik wymiany świadom był owej potrójnej funkcji danego przekazu, umiał ją zidentyfikować jako jej autor bądź odbiorca. Tylko bowiem wtedy, będzie wobec tego przekazu wolny. Oczywiście, nie chodzi pełną identyfikację każdego przekazu, ale przynajmniej o dostrzeganie możliwych odniesień, tzn. szans, ale i roszczeń, i zastrzeżeń. Bez takiej kategorialnej identyfikacji dochodzić może do zjawisk medialnych moralnie negatywnych.

W związku z tym pierwsze zadanie etyczne jakie stoi przed każdym z uczestników wymiany medialnej, w tym także przed dziennikarzem, to udzielenie sobie odpowiedzi na pytanie: kim jestem? jaki charakter ma moja praca, praca środowiska, w którym funkcjonuje? Nawet pojedynczy przekaz posiada zupełnie nieobliczalne oddziaływanie w zakresie tych trzech funkcji. Ilekroć jednak dochodzi do osobistej medytacji nad tym oddziaływaniem, do wspólnej rozmowy na ten temat, tylekroć można uniknąć wielkich błędów, albo przynajmniej te błędy szybko naprawić.

W kilku słowach chciałbym jeszcze przedstawić zasady polityki medialnejsformułowane przez Gurevitcha i Blumlera. Zasady te odnoszą się w pierwszym rzędzie do mediów informacyjnych, jednak proponowana przez nich hierarchia zadań jest, moim zdaniem, najzupełniej uniwersalna. Każdemu z wymienionych zadań towarzyszy, jak możemy się domyślić, swoista odpowiedzialność moralna, którą tu postaram się sformułować.

Pierwszym zadaniem mediów jest obserwacja wydarzeń dotyczących obywateli, a wiec informowanie i ostrzeganie. Chodzi tu o pewnego rodzaju "fenomenologię" życia społecznego. W fenomenologii najważniejsze jest to, żeby niczego nie pomijać i żeby każdy mówił swoim własnym głosem. Wbrew pozorom nie jest to łatwe. Spektrum wydarzeń zawsze jest większe niż możliwości i ambicje samych dziennikarzy. Jak motywować dziennikarzy do lepszej fenomenologii? Wydaje się, że mechanizm rynkowej konkurencji jest tu najbardziej skuteczny. Ilekroć jednak ten mechanizm przekreśla motywację stricte etyczną, jaką jest chęć ukazywania prawdy, to przekaz medialny staje się niemoralny.

Rozpoznanie i prezentacja problemów (społecznych, kulturowych) to drugie zadanie mediów. To zadanie jest jeszcze trudniejsze od pierwszego, a nawet stoi w pewnej sprzeczności z pierwszym. Jest trudniejsze, bo wymaga od dziennikarza nie tylko pogłębionej analizy i większego doświadczenia, ale nadto współpracy z innymi. Zjawiska można zaobserwować samem i to nawet przypadkowo. Poprawnie zidentyfikować problemy, można tylko w dialogu z innymi. Problemy dotyczą bowiem osób. Misja identyfikowania problemów, jak powiedziałem, stoi w pewnej sprzeczności z misją obserwowania zjawisk. W tym ostatnim chodzi bowiem o możliwie najpełniejszą fenomenologię, o wyliczenie największej ilości fenomenów. Tu dziennikarz i widz musi pokonywać selektywną naturą własnej wyobraźni i wyobraźni widza. Natomiast identyfikowanie problemów polega na skupieniu wyobraźni w jednym miejscu i to w miejscu najważniejszym! Skoro te dwa zadania mediów stoją w pewnej sprzeczności ze sobą, to może należałoby uznać ich autonomię? Może redakcje programów informacyjnych powinny starać się nie tylko o oddzielenie "faktów" od "opinii", ale również "zjawisk" i "problemów"? Skoro jedne i drugie rządzą się własną filozofią, to może powinny mieć własne przestrzenia na łamach gazet czy w strukturze innego przekazu?

Tworzenie platformy wymiany zdań to kolejne zadanie mediów. Jest to bardzo ważne zadanie społeczne, które posiada wiele dalszych wymiarów. Dzisiaj nikt już nie opisuje rzeczywistości społecznej za pomocą kategorii klasowych (marksistowskich), ale za pomocą kategorii "sukcesu", "uczestnictwa" i "marginalizacji". Dlatego tworzenie szerokiej platformy wymiany zdań i opinii ma ogromne znaczenie w przezwyciężaniu problemów społecznych. To właśnie ono daje szansę na uczestnictwo. Nie jesteśmy w stanie nikomu zapewnić sukcesu. Sprawiedliwość domaga się jednak od nas, abyśmy każdemu dali szansę uczestnictwa w życiu społecznym, kulturalnym i gospodarczym. Skoro media tak łatwo kojarzą się wszystkim z sukcesem i to sukcesem bardzo spektakularnym, to czy tworzenie płaszczyzny uczestnictwa nie powinno stać się ich "drugą naturą"?

Informacja polityczna, monitorowanie polityków i instytucji to kolejne zadanie mediów. Wszyscy dobrze wiemy, że media w krajach pokomunistycznych ciągle znacznie łatwiej dostrzegają to, co polityczne przez małe "p", a więc dostrzegają znanych polityków i ich problemy, natomiast zapominają o tym, co polityczne ("P") we właściwym sensie tego słowa. Może właśnie dlatego powinniśmy z całą mocą podkreślić, że nie można dobrze pełnić zadania niesienia informacji politycznej, jeśli nie podejmuje się jednocześnie innego zadania, a mianowicie zadania prezentacji form aktywnego współdziałania obywateli, a to właśnie jest polityka przez wielkie "P".

Media muszą wreszcie bronić własnej autonomii, a zarazem troszczyć się o odbiorcę, ułatwiać mu życie, świadczyć usługi. Te dwa ostatnie zadania wydają się nie mieć nic ze sobą wspólnego, my jednak w Europie Wschodniej dobrze wiemy, że media zależne na pewno nie służą odbiorcy, wręcz przeciwnie — szkodzą odbiorcy, jego dobru i samej prawdzie. Tak więc "być w pełni wolnym" i "służyć innym" to nierozłączna para.

Sformułowane przez Gurevitcha i Blumlera, a przez nas nieco zmodyfikowane, zasady polityki medialnej odnoszą się nie tylko do mediów informacyjnych. Jak te zasady zrealizować? Zaproponuję tu pewien prosty schemat działania, który może będzie tu pomocą.

Etyka jak sugeruje etymologia jest rodzajem "zadomowienia" (gr. ethos). Jak zrobić pierwszy krok w kierunku tego zadomowienia? O pierwszym kroku już mówiliśmy — trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: kim jestem? w jakim środowisku żyję? dla kogo i z kim pracuję? jaka jest nasza filozofia?

Drugim krokiem jest udzielenie odpowiedzi na pytanie o własną specyfikę: na czym polega nasza wyjątkowość? czy jest coś, na czym zależy nam bardziej niż innym? gdzie jesteśmy lepiej od innych zadomowieni? Każdy z nas jest niepowtarzalny. Do odkrycia niepowtarzalności dążą artyści. Jeśli media będą ewoluowały w kierunku point-to-point communication, to rola owego artystycznego pierwiastka wzrośnie. Pytanie o własną specyfikę będzie wówczas dla każdego z nas tak ważne, jak dzisiaj ważne jest np. dla "mediów katolickich" czy innych.

Kolejne pytanie dotyczy potrzeb odbiorców. Wszystkie media odnoszące rynkowy sukces bardzo starannie badają potrzeby swoich odbiorców. Poznanie potrzeb swoich odbiorców jest jednak najpierw zadaniem moralnym. Trzeba zatem przynajmniej czasem być "fizycznie" blisko tych odbiorców, żeby poznać ich głębsze potrzeby. Jeśli "obetniemy" te głębsze potrzeby, to na pewno odniesiemy sukces rynkowy, ale przecież to właśnie byłoby niemoralne.

Planowanie i ocena działań to kolejny etapy rozumowania etycznego. Im bardziej intuicyjne są nasze działania, tym bardziej potrzeba nam spokojnej weryfikacji i ewaluacji. Przy tej okazji należy zawsze zastanowić się jak nagradzać i promować to, co dobre w naszej pracy, grupie zawodowej, środowisku. Dostrzeganie i promowanie tego, co dobre, a nadto wspólne "świętowanie", to droga do autentycznej promocji wartości.

W konkluzji chciałbym podzielić się z Państwem kilkoma zasadamipedagogiki ignacjańskiej. Jezuici prowadzą dzisiaj ponad 200 uniwersytetów na całym świecie. Z reguły cieszą się one dobrą sławą, jak choćby Georgetown, Fordham, Boston College w USA, Sofia w Tokio czy Gregoriana w Rzymie. Prowadzimy także kilkaset szkół średnich. Ktoś mógłby pomyśleć, że wszystko to niewiele ma wspólnego z problemami mediów, ale jeśli jest prawdą, że media będą ewoluowały w kierunku komunikacji typu poin-to-point, to wówczas pedagogika ignacjańska może nam bardzo pomóc. Nie dotyczy ona bowiem wyłącznie kwestii wychowania i formacji, ale w ogóle relacji między osobą i osobą.

Otóż pierwszym celem pedagogiki ignacjańskiej jest zadziwić i zachwycić tego, kto uczestniczy w procesie pedagogicznym. Jest to dość ważne, bo jeśli przypomnimy sobie starożytnych Greków, to okaże się, że tam początkiem filozofii, a więc początkiem samodzielnego myślenia i wartościowania jest nie tylko "zadziwienie", ale również rozpacz, strach, czyli każde "doświadczenie graniczne", jakby powiedział Jaspers. Tymczasem pedagogika ignacjańska odwołuje się do doświadczeń pozytywnych. A przecież doświadczenia nie można właściwie nikomu przekazać. Przekazać można tylko idee. Doświadczenie można tylko umożliwić. I tym pierwszym celem jest wywołanie zadziwienia. Media powinny tę zasadę respektować. Oczywiście św. Ignacy Loyola mówił o "zadziwieniu pięknem i dobrem stworzeń oraz ich Stwórcy", ale kiedy dzisiaj pomyślimy o Kosowie, to przecież większość relacji stamtąd nas przeraża, dostarcza wrażeń silnie negatywnych. Jestem przekonany, że potem trudno już o obiektywną ocenę rzeczywistości. Tymczasem należałoby zawsze pokazać najpierw dobro. Przecież w Kosowie jest dobro. Ktoś troszczy się o uchodźców. Stara się im pomóc. Dopiero to pragnienie pomagania innym może uzasadnić (jeśli w ogóle) bombardowania, ale nigdy vice versa.

Pedagogika ignacjańska nie zapomina o tym, co negatywne, ale — i jest to jakby drugi cel — mówi o tym, co negatywne, tylko po to, żeby ocalić wolność człowieka. Informowanie o złu nigdy nie może być celem samo w sobie. Informowanie o dobru — owszem.

Troska o pełny rozwój osoby oraz uczenie rozeznawania to dwa kolejne cele tej pedagogiki. Korespondują one ściśle z dwoma pierwszymi. Jeśli wywołanie zadziwienia odnosiło się wyraźnie do woli, a informowanie o złu miało charakter intelektualny, to teraz troska o pełny rozwój osoby ma na celu "wzmacnianie i zagospodarowanie" tego, co dobre. Idzie tu systematyczną pracę nad tym wszystkim, co jest koleratem woli, najgłębszych pragnień człowieka. Z kolei uczenie rozeznawania to rozwijanie tego, co umysłowe, ale co, rodzi się tylko w dialogu z inymi. Chodzi o zdolności oceny wiedzy, którą już posiadam, oraz tego, czego jeszcze nie wiem. Rozeznawanie (discernment) obejmuje dyskusję, argumentację, a nawet umiejętność spierania się.

Dwa kolejne cele posiadają charakter ściśle religijny: pedagogika ignacjańska stawia w centrum przekazu osobę Jezusa Chrystusa, a jednocześnie ta pedagogika zwraca się do pojedynczego człowieka. Otóż nie tylko w przekazie religijnym, ale w każdym przekazie medialnym istnieje jakaś centralna osoba — "centralna" w sensie transcendentalnym (Kant mówił tu o tzw. "ideach regulatywnych"), ale często "centralna" także w sposób kategorialny, tzn. dający się łatwo zidentyfikować. Taką "centralną osobą przekazu" bywa niekiedy sam autor przekazu, dziennikarz, ale wtedy trudno chyba uznać taki przekaz za obiektywny. Prawdziwie ludzka komunikacja to taka, która nikogo nie wyklucza, która każdemu przyznaje należyte prawa, która zawiera także czytelny horyzont wartości. Tak więc "centralną osobą przekazu" nie może być ani tylko dziennikarz, ani tylko odbiorca, ani nawet ten człowiek, którego twarz widzimy na ekranie. Centralną osobą jest "człowiek jako taki",common man, jakby powiedział Chesterton, albo raczej ów "człowiek możliwy", którego godność i wielkość odsłonił nam Jezus Chrystus.

Pedagogika ignacjańska chce, jak powiedzieliśmy, dotrzeć do jednostkowego człowieka oraz chce go formować. Realizuje to swoje zadanie właśnie przez to, że spotyka owego człowieka ze wspomnianą centralną postacią przekazu. Oby i nasze media służyły takiemu spotkaniu. Oby nie prowadziły ani odbiorców, ani autorów donikąd.

Jeśli powrócimy na koniec do naszego rosyjskiego przykładu, do owej podmoskiewskiej gazety i do dylematów moralnych jej redaktorów, to teraz możemy dodać im nieco otuchy. Możemy zachęcić ich do odważnej służby prawdzie, a także do tego, żeby oni dzielili się trudami tej służby z swymi czytelnikami, żeby pisali im o swoich trudnościach i dylematach. Tego rodzaju wyznania z pewnością wytrąciłyby z rąk kłamstwo tym, którzy posługują się nim bez najmniejszych skrupułów. Siła szczerego wyznania jest bowiem większa niż wszystko.

Krzysztof Mądel SJ

Bibliografia

Werner A. Meier, Media w czasach przełomu: standardy demokratyczne w mediach a społeczeństwo obywatelskie, "Biuletyn OCIPE" 3/1997, 8-13.

Werner A. Meier, Heinz Bonfadelli, Michael Schanne, Medienlandschaft im Umbruch. Vom öffentlichen Kulturgut Rundfunk zur elektronischen Kioskware. Nationales Forschungsprogramm 21. Kulturelle Vielfalt und nationale Identität, Basel 1993.

Jay G. Blumler, Michael Gurevitch, The Crisis of Public Communication, Routledge, London — New York 1995.

Vincent J. Duminuco SJ, Niektóre wyzwania dla wychowania chrześcijańskiego na progu nadchodzącego tysiąclecia, "Przegląd Powszechny. Wokół Współczesności — Kultura i media 1", Katolickie Biuro Informacji i Inicjatyw Europejskich OCIPE oraz Wyd. Fund. ATK, Warszawa 1995, 62-82.

Na temat udziału publiczności w programach dziennikarskich:

Kasper Luchsinger, Michael Schanne, Es kommen alle gerne ins Radio, Schlussbericht "Lokalradioszene Schweiz: Integration durch Partizipation?", Zürich 1988.

Na temat alternatywnych projektów medialnych:

Michael Schanne, Lokaler Hörfunk. Erfahrungen aus der Schweiz, w: "Medienpolitik", Landeszentrale für politische Bilgung Baden-Würtenberg. Red. Hans-Georg Wehling, Stuttgart, Berlin, Köln, Mainz 1987, 132-144.

Por. The People' s Voice. Local Radio and Television in Europe. Edited by Nick Jankowski, London 1992.

Na temat selekcji dziennikarskiej i inscenizacji:

Michael Schanne, Ruedi Matter, Auswahl und Inszenierung von Themen zur öffentlichen Kommunikation, w: Michael Schanne i Peter Schulz (wyd.)Journalismus in der Schweiz. Fakten, Überlegungen, Möglichkeiten, Schriften zur Medienpraxis, Medienausbildungszentrum Luzern, Band 10, Aarau 1993, str. 69-80 (w ramach tej publikacji znajdują się także inne opracowania na temat praw publiczności w programach dziennikarskich).

Przemiany w radiu i telewizji:

Die schweizerische Medien — "Landschaft" im Überblick, w: Werner A. Maier, Michael Schanne, Media-Landscape Switzerland, Pro Helvetica, Zürich 1995.

Hans-Jürgen Bucher, Walter Klingler, Christian Schröter (wyd.), Radiotrends. Formate. Konzepte und Analysen. Südwestfunk Schriftenreihe Medienforschung, Band 1, Baden-Baden 1995.

Wir sind das Publikum (broszura), "Zoom-Kommunikation und Medien", nr 8, wrzesień 1996.

Skopiuj CSS