RSS
wtorek, 22 lutego 2011
Jak gwelf z gibelinem

Słyszeliście, że powiedziano: «Będziesz miłował swego bliźniego», a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół (Mt 5, 43-44).

 

Przeciętny polski polityk – katolik, a jakże! – oddałby duszę, żeby go tylko nikt nie kojarzył zbyt mocno z chrześcijaństwem.  W życiu i w sejmie niczym smok wawelski zionie niechęcią do bliźnich, kolegów z wrogiej partii. Gdyby mógł, zionąłby ogniem. Co dokładnie myśli, nie wiadomo, wyborca też tego nie wie, wie jednak ponad wszelką wątpliwość kogo ów polityk nie lubi, nie znosi, nie szanuje. Kołem go dzisiaj nikt nie łamie, nikt go nie rzuca na pożarcie lwom, dlatego największej łaski męczeństwa doświadcza, gdy musi powiedzieć coś dobrego o innych, pogodzić się z nimi na czas dyskusji, głosowania czy wspólnej modlitwy. Jego największą cnotą polityczną nie jest zgoda, lecz unikanie zgody, wynajdowanie pretekstów i wymawianie innym złych intencji, a ukoronowaniem wszystkich cnót jest szydzenie z polityki miłości, nie z jej kłamstewek, ale z niej samej.

Wyborca nie jest od niego wiele lepszy. Sam na walki byków nie chadza, boksem się brzydzi, a wyborów unika jak ognia, lubi jednak wieczorem włączyć telewizor i patrzeć jak naparzają się politycy. Gdyby mógł, sam by im dołożył. W katolickim kraju partie mogłyby konkurować ze sobą w uprzejmościach, w ustępowaniu sobie miejsca na mównicy, w bronieniu racji swego śmiertelnego wroga przed nim samym, w trafnym uzasadnianiu dobrych projektów i w szybkim wcielaniu ich w życie, ale takiej konkurencji w polskim sejmie nikt dotąd nie wymyślił, więc wyborca, nawet gdy nie wierzy niebo i piekło, czci je codziennie, bijąc pokłony (i wygrażając pięścią) w stronę Wiejskiej.

Dzisiejszym gwelfom i gibelinom daleko do oryginałów. Dantego nikt dzisiaj nie wypędza z miasta za poglądy, ale wyłącznie za to, że jest Dantem, usiłującym opisać światu sprawę w szczegółach, zaś sprawy Dantona w ogóle nie ma, bo granie na dwa fronty i szukanie zgody ponad podziałami oznacza dzisiaj śmierć już na starcie. Wspólne procesje i wspólne wyścigi na palio już się nie powtórzą. Polskie partie nie chcą na siebie patrzeć nawet na pogrzebie.

Niccolo Machiavelli, „ewangelista” polityków, nigdy nie wierzył w to, co jest naprawdę, a jedynie w to, co się wydaje, ale nawet on nie odważyłby się tak otwarcie drwić z chrześcijaństwa. Książę hodowany podług jego przepisu na skutecznego polityka musiał mieć nienaganne maniery, a nadto sprawiać wrażenie, że jest wyraźnie lepszy w każdej dziedzinie od swych konkurentów. Machiavelli nie byłby sobą, gdyby mu radził wygrywać wojny pięknymi słowami lub grą na klawesynie, ale nawet wtedy, gdy gloryfikował zwierzęcą siłę i przebiegłość, proponował program pozytywny, zredukowany do wartości witalnych, lecz pozytywny, nie był bowiem aż tak naiwny, żeby wierzyć w zwycięstwo oparte na byle czym.

Bylejakość i inflację wartości można leczyć. Nie Machiavellem, bo on jest dziś nie do przyjęcia nawet w krajach tak skrajnie sekularyzowanych jak Japonia.  Wzajemną niechęć oraz jej przyczynę, skrajną bezradność wobec świata, można łatwo leczyć przez uważne, szczegółowe opisywanie rzeczywistości, przez użycie w tym opisie wszelkich dostępnych źródeł, nawet za cenę pewnego zantagonizowania środowiska, aby następnie, już wspólnie, je porządkować, hierarchizować i wskazywać rozwiązania. Eryk Voegelin, wciąż u nas zapoznany, w transcendencji osoby upatrywał jedynego skutecznego lekarstwa na potęgę mitu walcującego wszystko i wszystkich ze strachu przed nieopisanym światem.

Roman Graczyk w „Cenie przetrwania” (Warszawa 2011) dowiódł, że Voegelin miał rację. Mit „Tygodnika Powszechnego” w naszych czasach pozostałby tylko mitem, tym samym, którego komuniści bali się tak bardzo, że choć nasyłali na „Tygodnik” agentów, nijak nie umieli go wytropić w słowach, podczas gdy każdy czytelnik znajdował go tam z łatwością między wierszami „Obrazu tygodnia” Kozłowskiego, w felietonach Spodka i niedościgłego Kisiela. Mit pozostałby jednak tylko mitem, coraz mniej zrozumiałym dla współczesnych, gdyby dzisiaj Graczyk nie dowiódł, że nawet marne ubeckie kwity z kawiarni są za nim.

Warto zapłacić kilka łez za „Cenę przetrwania”. To naturalne, że nie wszyscy byli herosami i że niektórzy spotykali się z SB, choć nie musieli, nie zyskując w zamian nic, z czego dzisiaj byliby dumni. Rzeczą niezwykłą i niechrześcijańską byłoby bronić tego mitu przed nim samym kosztem różnicy, jaka zachodzi między człowiekiem uwikłanym a człowiekiem wolnym. Wszyscy mają prawo dokładnie poznać tę różnicę. Ona jedna na pewno nie jest mitem i na pewno jest także z „Tygodnika”.

Dziennik Polski 19-20 lutego 2011.

środa, 02 lutego 2011
Smoleńskie przesądy

Mgła. Była gęsta jak mleko, ale w wypadku smoleńskim odegrała rolę pozytywną. W trakcie lotu na okręgu załoga tupolewa dowiedziała się od kapitana Wosztyla z jaka stojącego na lotnisku, że widzialność przy ziemi spadła do dwustu metrów, czyli do wartości pięciokrotnie gorszej niż minimalne standardy lotniska, samolotu i samej załogi. Wosztyl dodał wprawdzie: "Możecie jak najbardziej spróbować", ale to, co powiedział o mgle, de facto odebrało im prawo do schodzenia na pas. Gdyby posłuchali Wosztyla, a wcześniej rosyjskiego kontrolera ruchu, który szacował tę mgłę na 400 metrów widzialności, uniknęliby wypadku. Mgła mogła ich tylko uratować, nie zgubić. Wszystkie błędy popełnili w chmurach, nie we mgle, a gdy ją w końcu zobaczyli, było już za późno.

Lotnisko nie miało stacji meteo, o czym wiedzieli, więc nawet nie pytali o podstawę chmur. Dyżurny oficer nie był w stanie jej podać, bo w czasie mgły nie da się zmierzyć na oko podstawy chmur. Wosztyl, który przebił się przez te chmury, lądując tam godzinę wcześniej, oszacował podstawy na 50 metrów. Nie było zatem sensu schodzić. Nawet gdyby zeszli dwukrotnie niżej niż dopuszczalne minima, to i tak niczego by nie ujrzeli, bo wciąż byliby w chmurach. Zgubiły ich niskie chmury, nie wiadomo dokładnie jak niskie, nie mgła. Mgła była potwierdzona z wielu źródeł. Wyszła znad rzeki, żeby ich przestrzec i uratować.

Naciski. Ani prezydent Kaczyński, ani jego ministrowie, ani jego ulubiony generał Błasik, ani szef protokołu Kazana, ani Rosjanie z wieży, ani nawet ów tajemniczy generał z Logiki, który pozwolił wpuścić Polaków nad pas, nie naciskali na nikogo tak, żeby to można uznać za przyczynę wypadku. Nie naciski ich zgubiły, ale brak nacisków. Na oko i na zdrowy rozum pogody do lądowania nie było, ale samolot umocowany w powietrzu dyplomatycznie i politycznie (międzynarodowo) rządził się swoimi prawami. W obu zaprzyjaźnionych państwach posttotalitarnych (trudna przyjaźń), w których do niedawna polityka wyłaziła z butą z każdego buta, taki samolot przypominał świętą krowę. Jego pasażer nie musiał na nikogo naciskać, żeby mu z atencją dygano. Wystarczy, że nic nie mówił. Generał z Logiki powinien był to uprzytomnić Krasnokuckiemu, trochę na niego nacisnąć, pokrzyczeć, żeby go ocucić, przywołać do porządku, a Krasnokucki powinien był to samo zrobić z Protasiukiem, a Protasiuk z Błasikiem, a Błasik z Kazaną, a Kazana z Kaczyńskim, a Kaczyński z Polakami, niestety, jak wiemy, nikt z nich tego nie zrobił. Stąd wypadek.

Generał z Logiki pozwolił Polakom na więcej niż powinien, bo mu się to wydało naturalne wobec tak dostojnych gości. Krasnokucki po udanym lądowaniu polskiego jaka przypisał Polakom jakieś nadludzkie zdolności nawigacyjne, więc godzinę później już się nie dziwił, że ci z tupolewa z prezydentem Polski na pokładzie próbują czegoś, co się nie udało Rosjanom wiozącym samochody. Protasiuk schodził w dół dwa razy szybciej niż powinien, ale nikt go za to nie zbeształ w kabinie, nikt nie zareagował na wskazówkę wariometru wychyloną w dół na minus 8 m/s, bo się wszystkim wydało, że skoro najlepszy pilot pułku tak schodzi, to znaczy, że tak można, nawet tupolewem. Lepiej zejść do pasa w chmurach niż nie schodzić wcale, bo jak się człowiek za bardzo trzyma regulaminu, to potem może dadzą jakiś order, ale wcześniej doniosą na niego do prokuratury i wyzwą od tchórzy w wszystkich stacjach, jak to zrobił Karski z Pietruczukiem za Tibilisi. Tym razem żaden guzik nie mógł się rozpiąć samowolnie, więc Błasik, tak na wszelki wypadek, zrobił załodze odprawę przed lotem, a tuż przed wypadkiem, w najtrudniejszym momencie lotu, wszedł do kokpitu. Czuwał nad wszystkim, choć o niczym nie miał zielonego pojęcia. Nawykami wyniesionymi z małych maszyn mógł im tylko zaszkodzić. Kazana nie wiedział, co będzie dalej, bo na bizantyjskim dworze życzenia władzy z zasady są nieodgadnione. Przestał pytać: co dalej?, a Kaczyński nie zamierzał mu niczego wyjaśniać przed czasem, no bo jak on mógłby to zrobić Polakom, żeby nie być w Katyniu w roku wyborczym, skoro nawet Tusk z Putinem tam byli?

Ciśnienie historii, zwłaszcza tej najnowszej, poststalinowskiej i popeerelowskiej, było nad Smoleńskiem tak duże, że nikt na nikogo nie musiał naciskać. I wypadek gotowy. Szkoda tylko, że nikt się temu amokowi nie przeciwstawił. Ktoś taki postąpiłby po ludzku, a zarazem nadzwyczaj opatrznościowo. Jeśli zatem w Smoleńsku czegoś zabrakło, to właśnie nacisków, zdrowych, stanowczych, nieustępliwych, zwyczajnego obstawania przy swoim dobrze uzasadnionym obowiązku wbrew nawykom amorficznego towarzystwa pędzącego na łeb na szyję w niskie chmury, byle do celu.

Pułap. Na stu metrach major Grzywna, zobaczywszy pas, powinien był przejąć stery od kpitana Protasiuka i posadzić samolot na płycie. Nie zrobił tego, bo na stu metrach nic nie widział. Byli w mleku, nie widzieli nawet własnego ogona, więc zaczęli się ratować, niestety samolot leciał zbyt szybko i opadał dwukrotnie szybciej niż powinien, więc zanim zadarł dziób, zanim skrzydła zaczęły wytwarzać siłę, która masę blisko 80 ton mogłaby w końcu odepchnąć w górę, ziemia nagle zamajaczyła im przed nosem, ścieli wierzchołki drzew i się rozbili. Pułap stu metrów nie jest tu niczemu winien. Ten pułap miał ich uratować. Zabił ich czas, krótkie siedem sekund, podczas których nawigator powtarzał jak mantrę: "Sto metrów, sto metrów" (Grzywna za nim), gapiąc się w radioaltimetr, tymczasem samolot wciąż schodził w dół, dokładnie jak wcześniej, opadając ku ziemi znacznie szybciej niż skoczek na spadochronie. W ciągu tych długich siedmiu sekund stracili ok. 60 metrów wysokości. Do ziemi zostało im w efekcie mniej niż potrzebuje ten typ samolotu, żeby poderwać się z opadania rzędu 8 m/s (patrz rys. z instrukcji fabrycznej). To nie niski pułap ich zgubił, ale nadmierna prędkość pionowa i czas. Zbyt długo wyglądali pasa. Wciąż nie wiadomo, co dokładnie wtedy robili.

Jar. Gdyby nie jar, zginęliby już na wysokości drugiej radiolatarni. Protasiuk jakimś cudem wyprowadził samolot nad ziemią, ale udało mu się to tylko dlatego, że ziemia leżała tam 20 metrów niżej niż samo lotnisko. Jar ich ocalił. Bezpośrednio wcześniej lecieli nad stokiem schodzącym w dół (stąd to długie pozorne utrzymywanie się na wysokości rzekomych stu metrów), w kabinie wszyscy jednak wiedzieli, że samolot cały czas opada, więc odczytu tych stu metrów nikt nie brał na serio. Radioaltimetr mówił jedynie, że właśnie lecą nad opadającym stokiem, jakich pełno w rozpadlinach, którymi płyną europejskie rzeki.

To nie jar ich zgubił ani nie słaba znajomość miejscowej topografii, ale raczej słaba znajomość właściwości lotnych płatowca. Protasiuk zapomiał na chwilę, że zapas wysokości potrzebny do bezpiecznego wyrwania maszyny w górę rośnie w postępie geometrycznym wraz ze wzrostem prędkości opadania. Przy regulaminowych 3,5 m/s Tu-154 traci tylko 10 metrów pułapu zanim wyrówna, ale przy 8 m/s traci pięciokrotnie więcej i żadna siła, żaden pilot, żaden automat nie poderwie go w górę szybciej (patrz rys. jak wyżej). Silniki szły wtedy na jałowym ciągu, bo włączony automat ciągu zdusił je do maksimum w czasie schodzenia, więc teraz po szarpnięciu wolantu ku sobie stracili co najmniej 50 metrów zanim w końcu zaczęli się wznosić.

Brzoza. Sprawczyni fatalnej kraksy trzysta metrów dalej. Gdyby nie feralna brzoza, tupolew nie straciłby sześciu metrów lewego skrzydła i nie upadł na plecy, grzebiąc w jednej chwili wszystkich, niemniej wedle wszelkich reguł prawdopodobieństwa rozbiłby się nieco dalej, bo przy wciąż nie rozpędzonych silnikach i skrzydłach pracujących pod coraz większm kątem natarcia prędkość postępowa samolotu zaczęła gwałtownie spadać, więc i tak uderzyłby on w ziemię, tyle że kołami w dół, a część pasażerów mogłaby to przeżyć. Brzozy nie można jednak obwiniać o wszystko. Inne drzewa rosnące w linii lotu były zagrożeniem nie mniejszym niż ona, jak w słynnym wypadku francuskiego airbusa.

Na kursie i na ścieżce. Kultowy zwrot. Synonim wpuszczania kogoś w maliny. Nie przez Krasnokuckiego i Plusnina, ale przez partię. Politykom prawda tak bardzo miesza się kłamstwem, że czasem widzą czarne tam, gdzie inni widzą śnieg. Tupolew był na kursie i na ścieżce na tyle, na ile mógł być wg tzw. nieprecyzyjnych pomocy nawigacyjnych. Nieprecyzyjnych, czyli takich, do użycia których potrzeba co najmniej 1 km widzialności poziomej i stu metrów do podstawy chmur, a oni tyle nie mieli. Radiolatarnie są tak niedokładne, że pilot zdał się najprawdopodobniej wyłącznie na GPS, a operator radaru operował radarem tak niedokładnym, że nie był w stanie komendami głosowymi utrzymać w stożku zejścia szybkiego tupolewa, który najpierw jakby "odbił się" od górnej granicy stożka, bo zaczął ścieżkę o wiele za późno, z silnym wiatrem w plecy, w ogóle nie meldując o jej rozpoczęciu, a potem ostro szedł w dół aż w końcu dokładnie tam, gdzie powinien był odlecieć na drugi krąg, niespodziewanie zszedł jeszcze niżej i zniknął za horyzontem. Kontroler nie mógł tego przewidzieć, bo w tej osatniej fazie nawigator tupolewa czytał mu stałą wysokość 100 metrów. Kiedy po sekundzie lub dwóch zrozumiał, że nawigator czyta wysokość radiową, a nie baryczną, tupolew wyszedł już poza ścieżkę. Kontroler krzyknął: Horyzont! ale nie było żadnego odzewu. Mógł przypuszczać, że załoga tupolewa chce zrobić to samo, co załoga jaka, tzn. wyjść ze ścieżki i na nieregulaminowo niskim pułapie wyglądać pasa i świateł. Po kilku sekundach było jednak jasne, że tym razem ten manewr się nie powiódł.

W czasie późniejszego dochodzenia okazało się, że załoga nie czekała na żadne komendy korekcyjne z wieży. Słowa na kusie i na ścieżce nie miały dla nich większego znaczenia, bo samolot całą ścieżkę wykonał na automacie.

00:18, krzysztofmadel
Link Dodaj komentarz »
Skopiuj CSS